II. Łap się każdego koła ratunkowego, ono może Ci pomóc, naprawdę może Ciebie uratować.
***
- Dlaczego on tak mnie się przyczepił? Cholera, ja przecież nic mu nie zrobiłam - w końcu wydusiłam to z siebie, to całe marne podsumowanie obecnej sytuacji, mój nauczyciel się na mnie uwziął, co lekcje brał mnie do tablicy, a ja cały czas byłam nieprzygotowana, ale jak tu się uczyć jak ma się takiego chłopaka?
- Maleńka, gdybyś się ze mną nie włóczyła i zaczęła się uczyć to zapewniam Ciebie, że dałby Ci spokój - mój ukochany zaśmiał się i przyciągnął mnie bliżej siebie by powoli gładzić kciukiem mój policzek. Patrzył prosto w moje oczy, a ja tonęłam, czy to normalne, że coś było aż tak niebieskie? Może i on miał racje, ale tak ciężko było mi się z nim rozstać na kilka godzin, a co dopiero na dłuższy czas bym mogła się uczyć. Łańcuch pokarmowy znajdował się w mojej głowie w szufladzie z mało ważnymi rzeczami.
- Więc co? Chcesz spokóju? - poruszyłam brwiami robiąc jednocześnie podejrzaną minę. Jak ja kochałam się z nim droczyć.
- Chcę żebyś nie zawalała nauki, a na pewno nie przeze mnie, dobra? Spróbuj, ja porozmawiam z Twoim nauczycielem - na dźwięk ostatniego słowa wzdrygnęłam się. Od kiedy to chłopak załatwia rzeczy za swoją dziewczynę? Ej, byłam przecież już dużą dziewczynką, potrafiłam podejść i spytać się o to i owo.
- Dobrze, dobrze, mamo - zachichotałam i odsunęłam się od niego by zobaczył moją minę, którą cóż, w kilku słowach nie zdołałabym opisać.
- Rose, nie żartuj - uśmiechnął się szeroko dając mi tym samym możliwość podziwiania jego śnieżnobiałych zębów, chłopak zaśmiał się cicho i po chwili kontynuował - widzisz, znam Tego całego Petera dość dobrze, wiesz przecież, że jest moim sąsiadem, wisi mi przysługę, więc z nim porozmawiam, bo najbardziej na świecie pragnę byś dobrze się uczyła i zdobyła dyplom z wyróżnieniem, bo szczerze Rose chyba każdy lubi seksowne kujonki, które dla niego zamieniają się w niegrzeczne dziewczynki? - znów się śmiał, a ja zrobiłam naburmuszoną minę i z całej siły uderzyłam go pięścią w ramię, nawet nie drgnął. Mogłam sama o siebie zadbać, sama porozmawiać z nauczycielem, ale wiedziałam, że jak mój chłopak coś mówi to pomimo tego, że mu zabronię to i tak to zrobi, więc moje sprzeciwianie się w tym momencie nie miało większego sensu.
- Naprawdę? Seksowne kujonki i Twoje największe pragnienie to mój dyplom? Znalazłeś sobie marzenia - wywróciłam oczami i zmierzyłam go wzrokiem cicho się śmiejąc. Nie wyglądał na typ, który się przejmuje ocenami swojej partnerki, właściwie to jego nie mogłam zakwalifikować to żadnego typu mężczyzny, był wyjątkowy, oryginalny i mój.
- Chyba każdy chce mieć inteligentną kobietę? Cóż, mam inne największe marzenie, ale nie mogę Ci go zdradzić, bo wiesz wtedy się nie spełni, ale zapewniam Ciebie, że każda myśl w mojej głowie i każde marzenie jest związane z Tobą, cholera Rose przez to wszystko czuję się jakbyś pozbawiała mnie męskości, wiesz ja i takie gadki? To się ze sobą kłóci - on pokręcił z niedowierzaniem głową i zaśmiał się odpalając papierosa, a ja wpatrywałam się jak się zaciąga i po chwili wypuszcza dym. Nawet kiedy palił i niszczył swoje płuca, to wyglądał niesamowicie.
- Chyba każda chce słodkiego ciamajdę? - użyłam jego broni cicho się śmiejąc, a moja miłość zdębiała by po chwili przyciągnąć mnie do siebie i zamknąć w niedźwiedzim uścisku tak, że prawie traciłam możliwość oddychania.
- Chyba żadna ciamajda nie potrafi tak szybko przyciągnąć do siebie dziewczyny - powiedział jak zwykle z wysoko uniesioną głową, a ja szybko pokiwałam przecząco i już chwilę później nasze usta były złączone w namiętnym pocałunku.
****
Wdech i wydech i znów to samo, wdech i wydech, nawet dzieci to potrafią. Właściwie rodzimy się posiadając tą umiejętność, to takie łatwe, naturalne, a ostatnio tak często zdarza mi się o tym zapominać. Chyba powinnam sobie to gdzieś zapisać, nie mogę tego całkowicie wyrzucić z głowy, nie mogę tego zrobić dla mamy. Nie byłaby zadowolona gdyby okazało się, że jej jedyna córka, jedyna rodzina nie oddycha. To by ją zniszczyło. Głęboki wdech i znów wypuszczam powietrze z głośnym świstem.
- Proszę, Rosalie wypij to - pan Glors podał mi fioletowy kubek z namalowanymi na nim kółkami, niepewnie po niego sięgnęłam, był gorący. Aż zapiekły mnie ręce, ale to nie było nieprzyjemne. Byłam pewnego rodzaju masochistką, bo myśli o nim sprawiały mi ból, tak wielki, że każda komórka mojego ciała wręcz błagała bym przestała, ale to było silniejsze. Nie mogłam spełnić ich żądania. Nawet nie wyobrażałam sobie tego jakby to było ruszyć dalej, znów rozmawiać z ludźmi, tymi ludźmi z którymi on rozmawiał, jakby to było zakochać się, by ktoś całował mnie w usta, w twe same co on całował, by ktoś mnie przytulał, by był cały czas blisko mnie, tak samo jak on. To było dla mnie zbyt odległe, łudziłam się, że w dalekiej rzeczywistości uda mi się naprawdę zacząć żyć normalnie. Nie udawać, ale naprawdę funkcjonować. Od dziecka miałam ambitne plany by skończyć studia, znaleźć dobrą pracę i mieć dużą rodzinę, a wraz z jego odejściem to wszystko zginęło. Wdech i wydech, wdech i wydech i próbuję napić się gorącego napoju, nawet nie obchodzi mnie co to jest. Spróbowałam tego i automatycznie poparzyłam sobie język, kto normalny daje niezrównoważonej nastolatce wrzątek? Czy mój nauczyciel potrafi używać mózgu? Westchnęłam rozglądając się dookoła. Znajdowałam się teraz w mieszkaniu pana Glorsa, ponieważ on tak bardzo chciał mi pomóc. Byłam w tym samym budynku w którym kiedyś byłam z nim. Wdech, wydech, wdech, wydech nie myśl o nim. Potrząsnęłam głową i zmusiłam siebie do minimalnego uśmiechu w kierunku mężczyzny.
- Rose i jak się czujesz? - zapytał z wręcz namacalną troską w głosie. Witamy w klubie martwienia się o Rose, która jest jak tykająca bomba, musimy czekać aż wybuchnie. Podciągnęłam nosem, przez moje całe płakanie miałam katar, a z racji tego, że pozwalałam uciekać łzą dość często to od jakiegoś czasu miałam problemy z zatokami. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi na pytanie mojego nauczyciela i ponownie głośno westchnęłam. Chciałam go zobaczyć, chociaż przez chwilę i wygarnąć mu wszystko, powiedzieć jak się teraz czuje, ile to wszystko mnie kosztuje, sprawdzić jak on sobie radzi. Miałam taką wielką nadzieję, że jednak kłamał, że mnie wciąż kochał. Bezsensownie się łudziłam, ale taka byłam, raniłam samą siebie.
- Rosalie czy możesz mi odpowiedzieć na pytanie, a nie tylko wzruszyć ramionami? To nic konkretnego mi nie mówi - pan Glors kontynuował. Mogłam się tego spodziewać, przesłuchania, chciał wyciągnąć ze mnie jak najwięcej, wiedziałam to przychodząc tutaj i wciąż miałam takie samo nastawienie jak wcześniej. Wytrzymam tutaj, trochę skłamię, a następnie wrócę do domu ze świadomością, że właśnie ten mężczyzna nie będzie mnie już męczył.
- Nie rozumiem co tutaj jeszcze mówić, widział Pan, że płakałam, już nie płaczę co chyba oznacza, że czuję się dużo lepiej - mój ton głosu był obojętny, starałam się brzmieć normalnie, bo to zwiększało moje szanse na szybszy powrót do domu.
- Proszę nie nazywaj mnie Panem, tutaj nie chcę być Twoim nauczycielem, ale osobą, która chce Ci pomóc, dobrze? Mów mi Peter - te słowa mnie zaskoczyły. Nie chciałam mówić do niego po imieniu, był pedagogiem w mojej szkole, uczył mnie, to wszystko było dziwne. Chociaż w tym momencie jak i z pewnością w całej reszcie mojego życia, było mi wszystko obojętne. Pokiwałam potwierdzająco głową i upiłam kilka łyków herbaty, która z parzącej stała się przyjemnie ciepła.
- Wiem, że to ma związek z Twoim kolegom, on miał Morrow na nazwisko, prawda? Nie uczyłem go, ale mieszkał tutaj i widziałem Was parę razy jak byliście razem - przełknęłam głośno ślinę gdy do mojego mózgu dotarło to co on właśnie powiedział. Zaczęłam się zastanawiać czy wstać i po prostu stamtąd wybiec, czy przeprosić i pod pretekstem, że moja mama na mnie czeka wyjść. Pierwsza opcja była bezpieczniejsza, ale druga grzeczniejsza, niestety nie wybrałam żadnej i cały czas milczałam.
- Rozstanie z chłopakiem musi być bolesne dla dziewczyny w Twoim wieku, ale to już jest coś gorszego niż ból po zerwaniu. Rosalie zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni i rujnujesz swoje życie, nie możesz tego robić, musisz się opamiętać zanim będzie za późno - nic do mnie nie przemawiało. Ciekawa byłam jakby on zachował się na moim miejscu, czy też ruszyłby dalej. Byłam zdenerwowana, nienawidziłam jak ktoś się o mnie troszczył.
- Już jest za późno, więc proszę się nawet nie wysilać - odpowiedziałam szybko i schowałam twarz w dłoniach jednocześnie podciągając pod siebie kolana.
- Na nic nie jest za późno Rosalie! Weź się w końcu w garść! - on wciąż nalegał. Zaczęłam rozpływać się na myśl o zakończeniu tej dennej wizyty, o wyjściu z jego mieszkania, powrocie do mojego domu i następnych lekcjach biologi w spokoju. Wciąż powtarzałam sobie to, że zobaczy, że nic się nie na zrobić i w końcu odpuści.
- Nie mam po co - odpowiedziałam spokojnie ponownie zaciągając się powietrzem, wypełniłam moje płuca tak niezbędnym tlenem.
- Dla Twoich bliskich! - brnął w to dalej i po co? To nic mu nie da, tylko dlaczego on tego nie rozumiał? Dlaczego niektórzy byli tak cholernie skomplikowani i nie mogli zrozumieć, że chcę mieć spokój. Potrząsnęłam głową, to było po prostu niewiarygodne. Wychodziłam z założenia, że nikt się nie troszczy o obce mu osoby, w końcu czemu Panu Glors miałoby na mnie zależeć.
- Nie mam bliskich - odpowiedziałam tak gładko jakby ktoś się mnie zapytał co chcę do picia. Przecież to było nic takiego, On odszedł, On wszystkich zabrał, zostałam sama, musiałam się przyzwyczaić i teraz to było rzeczą naturalną.
- Masz mnie! - krzyknął tak głośno, że aż się wzdrygnęłam. Czemu on na mnie krzyczał? Ja po prostu chciałam żyć karmiąc się wspomnieniami, to nie było nic takiego. Jakbym nie mogła zostać sama. Boże, jeżeli to słyszysz to pozwól mi być samej, chcę mieć w końcu spokój, by łaknąć cofnięcia czasu jeszcze bardziej, by cierpieć jeszcze mocniej, by myśleć o nim jeszcze częściej, tak, taka chciałam być. Nie chciałam o nim zapomnieć, nie potrafiłam chociaż nawet się nie starałam, był dla mnie wszystkim, wciąż.
- Proszę mi dać spokój - powiedziałam i zbierając w sobie resztę sił, wstałam robiąc krok w kierunku wyjścia, jednak Peter musiał mnie zatrzymać. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie chwytając dłońmi moją twarz. Wewnętrznie zaczęłam krzyczeć, zewnętrznie stałam niewzruszona. Powinnam się bać, a myślałam tylko o tym, że On trzymał mnie tak samo, tak samo przyciągał kiedy od niego chciałam odejść. Zachowanie mojego nauczyciela było niedorzeczne, ale co ja mogłam zrobić. Byłam w jego mieszkaniu, tutaj i tak nikt by nic nie usłyszał, pozostała mi nadzieja, że nic mi nie zrobi, a jednocześnie pragnęłam by jednak coś się stało, bym mogła cokolwiek poczuć, bym na chwilę zapomniała o nim i myślała o sobie. By moje życie skupiło się na czymś innym. Zamknęłam oczy i zacisnęłam mocno wargi czekając na najgorsze.
- Masz mnie Rosalie i wiem, że dla Ciebie to nic nie znaczy, ale odkąd Ciebie zobaczyłem, odkąd weszłaś do mojej klasy, oszalałem na Twoim punkcie! Nie potrafię nad sobą zapanować, umieram widząc Ciebie w takim stanie, dlatego proszę nie rób mi tego, oszczędź moje biedne serce! - zamarłam. Wszystko w ułamku sekundy się zmieniło. Mój nauczyciel nie mógł niczego do mnie czuć, tylko on był mnie kochać, a nie jakiś inny mężczyzna. Nie chciałam być kochana przez niego, on był moim nauczycielem. Nie mógł, to było niewłaściwe, zabronione, więc czemu tak się stało? Ja przecież tego nie chciałam, nie podrywałam go, właściwie to unikałam jak ognia, nigdy nie zwracałam na niego większej uwagi. Nie, to nie mogła być prawda, tego było już za dużo, ja chciałam już odpocząć, niech mi w końcu wszyscy dadzą spokój.
- Nie, proszę mnie puścić, chcę stąd wyjść - warknęłam i wyrwałam się mu biegnąć w kierunku wyjścia. Pan Glors nie mógł być żadnym gwałcicielem czy niebezpieczeństwem dla mojego ciała, bo drzwi były otwarte. On był trucizną dla mojej duszy, ponieważ jeszcze bardziej wariowałam. Jak ja miałam teraz chodzić na jego lekcje? Nienawidzę tego, nienawidzę wszystkiego.
Wybiegłam z budynku zalana łzami, zastanawiałam się, na co liczyłam przychodząc tutaj, cóż na pewno nie na takie wyznanie. Co on sobie wyobrażał, to nie mogło być prawdą, tego było za dużo. Pieprzyć wszystko, nie mogę tak dalej żyć. Nie potrafię tego dalej ciągnąć, kocham moją mamę, jest wszystkim dla mnie, ale nie uratuje mnie, już za późno. Zaczęłam biec, biec przed siebie, po prostu by gdziekolwiek uciec i tak jak wcześniej zawsze męczyłam się na lekcji wychowania fizycznego po kilku minutach to teraz biegłam nie czując żadnego myślenia. Wszelkie uczucia związane z moim ciałem zostały wyłączone, byłam niczym robot, zaprogramowana na funkcjonowanie, ale coś pękło, tego było za dużo. Chciałam w końcu z tym skończyć, skończyć z moją ciemniejszą stroną, ze stroną, która wciąż pamiętała o nim. Biegłam już zalana łzami, przez to obraz zaczął mi się rozmazywać, już nawet nie patrzyłam przed siebie, po prostu ruszałam nogami czekając aż coś się zdarzy. To było takie dramatyczne, oczekiwanie na cud, ale nie mogłam inaczej. Nagle straciłam grunt pod nogami, moje nogi zamieniły się w watę i przewróciłam się, uderzając łokciami i kolanami o zimny asfalt. Zapiekło, czułam rozchodzący się ból po moim ciele i uśmiechałam się. W końcu coś poczułam, coś innego niż tęsknota i żal. Nawet nie śniło mi się wstawać, leżałam tak i mogłabym nawet tak zasnąć, na środku drogi, ale jak zwykle jakiś osobnik tej marnej rasy nie mógł dać mi spokoju.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam czyiś piskliwy głos, w obawie, że to moja mama szybko wytarłam łzy z oczu i podniosłam się łapiąc szybko oddech. Zmrużyłam oczy by dostrzec kto do mnie podszedł. Filigranowa blondynka na wózku inwalidzkim podjechała specjalnie do mnie. Poczułam ukłucie w żołądku, ona to dopiero miała źle. Pokiwałam potwierdzająco głową i wstałam otrzepując swoje kolana, przez materiał spodni zaczęły przenikać krople krwi. Cholera, rozwaliłam sobie kolana.
- Spodnie do wyrzucenia - zaśmiała się blondynka, a ja zdezorientowana ponownie pokiwałam potwierdzająco głową.
- Pamiętasz mnie? - te słowa mnie zaskoczyły. Czemu nie mogła mi dać spokoju, już jej nienawidziłam, jak wszystkiego z resztą. Przyjrzałam się jej uważnie i pokiwałam przecząco głową.
- Jestem Jenifer, byłam z Jasonem zanim zaczął się spotykać z Tobą, z resztą to przez niego siedzę na tym czymś, ale nie winię go, mam żal tylko do siebie, że dałam się mu omotać, że byłam taką idiotką by w to wszystko uwierzyć, cóż musiałam się przejechać na własnych błędach - mówiła dalej, a ja skupiłam się na tylko jednym słowie, konkretnie imieniu. Jason, Jason, Jason, Jason, tak dawno tego nie słyszałam. Ona była z nim, ona przez niego jest na wózku, o tym nie miałam pojęcia, ale w jednym się z nią zgadzałam, bo ja również dałam się mu omotać.
- Co on zrobił, że siedzisz na wózku? - powiedziałam za nim pomyślałam, ale ona nie była zła, uśmiechnęła się lekko i wzięła głęboki oddech.
- Wszystkim zajęli się jego koledzy, a on stał i patrzył jak oni wszyscy po kolei mnie... - przerwała i przełknęła głośno ślinę by po chwili kontynuować - przegrałam zakład, a on się bawił widząc jak cierpiałam, potraktował mnie jak szmatę, ale to nie wszystko. Po tym wszystkim odwoził mnie do domu, byłam nieprzytomna, a on miał wypadek. Uciekł od razu nie dzwoniąc po pomoc, a ja siedziałam tam ze zmiażdżonymi nogami - skończyła, a ja znów czułam jak wszystko się wali. Jak on mógł coś takiego zrobić, tak ją potraktować. Nie potrafiłam sobie wyobrazić tego co ona czuje. Wdech, wydech, wdech, wydech musiałam znów sobie to przypomnieć. Wszystkiego znów miałam dość, a przed chwilą było lepiej, przed chwilą czułam coś innego.
- Wiem, że Ciebie też sprowadził na dno i szczerze mówiąc to zabawne widząc jak upadasz i cierpisz przez niego, bo przypominam sobie jaka byłam głupia, miałam to samo. Straciłam czucie w nogach, a on następnego dnia był już z Tobą, życzyłam Ci najgorszego i przepraszam teraz za to... Nie życzyłabym już nigdy nikomu takiego bólu, był cudowny, prawda? A potem, nagle wszystko się wali? Też tak miałaś? W każdym razie był u mnie wczoraj, śmiał przyjść i spytać się jak się czuję, jest w mieście od tygodnia, a nikt o tym jeszcze nie wie - zaśmiała się cicho. Po co! Dlaczego, ona mi to wszystko mówiła, błagam, niech skończy! Czułam jak ból przenika przez całe moje ciało, pozbawia mnie najmniejszej cząstki szczęścia, sprawia, że znów upadam na samo dno.
- Dlaczego mi to mówisz! - krzyknęłam zaciskając mocno pięści i próbując za wszelką cenę się nie rozpłakać, nie mogłam przy niej.
- Bo chcę? Cholera, myślisz, że ból po rozstaniu jest straszny? Poczekaj, aż będziesz go widywać z kimś innym, jak będziesz widzieć jak jest kurwa szczęśliwy, a ty cierpisz? Dopiero będziesz wiedziała co to piekło, ja dopiero z niego wróciłam i chcę Ci pomóc - byłam w szoku, nie potrafiłam się uspokoić, trzęsłam się i łzy mimowolnie spływały po moich policzkach. Ona miała racje, nie zniosę jego widoku, nie zniosę tego, że będzie z kimś. Po tym wszystkim, czy on musiał wrócić?
- Dlaczego chcesz mi pomóc? - jęknęłam ponownie opadając na ziemię, nie miałam już sił, nie chciałam już żyć.
- Bo chcę by ten skurwiel tego pożałował, by nie miał satysfakcji z zepchnięcia Ciebie na samo dno, kurwa, po prostu chcę Ci pomóc więc chwytaj się tej liny, bo szybko mogę zmienić zdanie!
- Na nic nie jest za późno Rosalie! Weź się w końcu w garść! - on wciąż nalegał. Zaczęłam rozpływać się na myśl o zakończeniu tej dennej wizyty, o wyjściu z jego mieszkania, powrocie do mojego domu i następnych lekcjach biologi w spokoju. Wciąż powtarzałam sobie to, że zobaczy, że nic się nie na zrobić i w końcu odpuści.
- Nie mam po co - odpowiedziałam spokojnie ponownie zaciągając się powietrzem, wypełniłam moje płuca tak niezbędnym tlenem.
- Dla Twoich bliskich! - brnął w to dalej i po co? To nic mu nie da, tylko dlaczego on tego nie rozumiał? Dlaczego niektórzy byli tak cholernie skomplikowani i nie mogli zrozumieć, że chcę mieć spokój. Potrząsnęłam głową, to było po prostu niewiarygodne. Wychodziłam z założenia, że nikt się nie troszczy o obce mu osoby, w końcu czemu Panu Glors miałoby na mnie zależeć.
- Nie mam bliskich - odpowiedziałam tak gładko jakby ktoś się mnie zapytał co chcę do picia. Przecież to było nic takiego, On odszedł, On wszystkich zabrał, zostałam sama, musiałam się przyzwyczaić i teraz to było rzeczą naturalną.
- Masz mnie! - krzyknął tak głośno, że aż się wzdrygnęłam. Czemu on na mnie krzyczał? Ja po prostu chciałam żyć karmiąc się wspomnieniami, to nie było nic takiego. Jakbym nie mogła zostać sama. Boże, jeżeli to słyszysz to pozwól mi być samej, chcę mieć w końcu spokój, by łaknąć cofnięcia czasu jeszcze bardziej, by cierpieć jeszcze mocniej, by myśleć o nim jeszcze częściej, tak, taka chciałam być. Nie chciałam o nim zapomnieć, nie potrafiłam chociaż nawet się nie starałam, był dla mnie wszystkim, wciąż.
- Proszę mi dać spokój - powiedziałam i zbierając w sobie resztę sił, wstałam robiąc krok w kierunku wyjścia, jednak Peter musiał mnie zatrzymać. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie chwytając dłońmi moją twarz. Wewnętrznie zaczęłam krzyczeć, zewnętrznie stałam niewzruszona. Powinnam się bać, a myślałam tylko o tym, że On trzymał mnie tak samo, tak samo przyciągał kiedy od niego chciałam odejść. Zachowanie mojego nauczyciela było niedorzeczne, ale co ja mogłam zrobić. Byłam w jego mieszkaniu, tutaj i tak nikt by nic nie usłyszał, pozostała mi nadzieja, że nic mi nie zrobi, a jednocześnie pragnęłam by jednak coś się stało, bym mogła cokolwiek poczuć, bym na chwilę zapomniała o nim i myślała o sobie. By moje życie skupiło się na czymś innym. Zamknęłam oczy i zacisnęłam mocno wargi czekając na najgorsze.
- Masz mnie Rosalie i wiem, że dla Ciebie to nic nie znaczy, ale odkąd Ciebie zobaczyłem, odkąd weszłaś do mojej klasy, oszalałem na Twoim punkcie! Nie potrafię nad sobą zapanować, umieram widząc Ciebie w takim stanie, dlatego proszę nie rób mi tego, oszczędź moje biedne serce! - zamarłam. Wszystko w ułamku sekundy się zmieniło. Mój nauczyciel nie mógł niczego do mnie czuć, tylko on był mnie kochać, a nie jakiś inny mężczyzna. Nie chciałam być kochana przez niego, on był moim nauczycielem. Nie mógł, to było niewłaściwe, zabronione, więc czemu tak się stało? Ja przecież tego nie chciałam, nie podrywałam go, właściwie to unikałam jak ognia, nigdy nie zwracałam na niego większej uwagi. Nie, to nie mogła być prawda, tego było już za dużo, ja chciałam już odpocząć, niech mi w końcu wszyscy dadzą spokój.
- Nie, proszę mnie puścić, chcę stąd wyjść - warknęłam i wyrwałam się mu biegnąć w kierunku wyjścia. Pan Glors nie mógł być żadnym gwałcicielem czy niebezpieczeństwem dla mojego ciała, bo drzwi były otwarte. On był trucizną dla mojej duszy, ponieważ jeszcze bardziej wariowałam. Jak ja miałam teraz chodzić na jego lekcje? Nienawidzę tego, nienawidzę wszystkiego.
Wybiegłam z budynku zalana łzami, zastanawiałam się, na co liczyłam przychodząc tutaj, cóż na pewno nie na takie wyznanie. Co on sobie wyobrażał, to nie mogło być prawdą, tego było za dużo. Pieprzyć wszystko, nie mogę tak dalej żyć. Nie potrafię tego dalej ciągnąć, kocham moją mamę, jest wszystkim dla mnie, ale nie uratuje mnie, już za późno. Zaczęłam biec, biec przed siebie, po prostu by gdziekolwiek uciec i tak jak wcześniej zawsze męczyłam się na lekcji wychowania fizycznego po kilku minutach to teraz biegłam nie czując żadnego myślenia. Wszelkie uczucia związane z moim ciałem zostały wyłączone, byłam niczym robot, zaprogramowana na funkcjonowanie, ale coś pękło, tego było za dużo. Chciałam w końcu z tym skończyć, skończyć z moją ciemniejszą stroną, ze stroną, która wciąż pamiętała o nim. Biegłam już zalana łzami, przez to obraz zaczął mi się rozmazywać, już nawet nie patrzyłam przed siebie, po prostu ruszałam nogami czekając aż coś się zdarzy. To było takie dramatyczne, oczekiwanie na cud, ale nie mogłam inaczej. Nagle straciłam grunt pod nogami, moje nogi zamieniły się w watę i przewróciłam się, uderzając łokciami i kolanami o zimny asfalt. Zapiekło, czułam rozchodzący się ból po moim ciele i uśmiechałam się. W końcu coś poczułam, coś innego niż tęsknota i żal. Nawet nie śniło mi się wstawać, leżałam tak i mogłabym nawet tak zasnąć, na środku drogi, ale jak zwykle jakiś osobnik tej marnej rasy nie mógł dać mi spokoju.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam czyiś piskliwy głos, w obawie, że to moja mama szybko wytarłam łzy z oczu i podniosłam się łapiąc szybko oddech. Zmrużyłam oczy by dostrzec kto do mnie podszedł. Filigranowa blondynka na wózku inwalidzkim podjechała specjalnie do mnie. Poczułam ukłucie w żołądku, ona to dopiero miała źle. Pokiwałam potwierdzająco głową i wstałam otrzepując swoje kolana, przez materiał spodni zaczęły przenikać krople krwi. Cholera, rozwaliłam sobie kolana.
- Spodnie do wyrzucenia - zaśmiała się blondynka, a ja zdezorientowana ponownie pokiwałam potwierdzająco głową.
- Pamiętasz mnie? - te słowa mnie zaskoczyły. Czemu nie mogła mi dać spokoju, już jej nienawidziłam, jak wszystkiego z resztą. Przyjrzałam się jej uważnie i pokiwałam przecząco głową.
- Jestem Jenifer, byłam z Jasonem zanim zaczął się spotykać z Tobą, z resztą to przez niego siedzę na tym czymś, ale nie winię go, mam żal tylko do siebie, że dałam się mu omotać, że byłam taką idiotką by w to wszystko uwierzyć, cóż musiałam się przejechać na własnych błędach - mówiła dalej, a ja skupiłam się na tylko jednym słowie, konkretnie imieniu. Jason, Jason, Jason, Jason, tak dawno tego nie słyszałam. Ona była z nim, ona przez niego jest na wózku, o tym nie miałam pojęcia, ale w jednym się z nią zgadzałam, bo ja również dałam się mu omotać.
- Co on zrobił, że siedzisz na wózku? - powiedziałam za nim pomyślałam, ale ona nie była zła, uśmiechnęła się lekko i wzięła głęboki oddech.
- Wszystkim zajęli się jego koledzy, a on stał i patrzył jak oni wszyscy po kolei mnie... - przerwała i przełknęła głośno ślinę by po chwili kontynuować - przegrałam zakład, a on się bawił widząc jak cierpiałam, potraktował mnie jak szmatę, ale to nie wszystko. Po tym wszystkim odwoził mnie do domu, byłam nieprzytomna, a on miał wypadek. Uciekł od razu nie dzwoniąc po pomoc, a ja siedziałam tam ze zmiażdżonymi nogami - skończyła, a ja znów czułam jak wszystko się wali. Jak on mógł coś takiego zrobić, tak ją potraktować. Nie potrafiłam sobie wyobrazić tego co ona czuje. Wdech, wydech, wdech, wydech musiałam znów sobie to przypomnieć. Wszystkiego znów miałam dość, a przed chwilą było lepiej, przed chwilą czułam coś innego.
- Wiem, że Ciebie też sprowadził na dno i szczerze mówiąc to zabawne widząc jak upadasz i cierpisz przez niego, bo przypominam sobie jaka byłam głupia, miałam to samo. Straciłam czucie w nogach, a on następnego dnia był już z Tobą, życzyłam Ci najgorszego i przepraszam teraz za to... Nie życzyłabym już nigdy nikomu takiego bólu, był cudowny, prawda? A potem, nagle wszystko się wali? Też tak miałaś? W każdym razie był u mnie wczoraj, śmiał przyjść i spytać się jak się czuję, jest w mieście od tygodnia, a nikt o tym jeszcze nie wie - zaśmiała się cicho. Po co! Dlaczego, ona mi to wszystko mówiła, błagam, niech skończy! Czułam jak ból przenika przez całe moje ciało, pozbawia mnie najmniejszej cząstki szczęścia, sprawia, że znów upadam na samo dno.
- Dlaczego mi to mówisz! - krzyknęłam zaciskając mocno pięści i próbując za wszelką cenę się nie rozpłakać, nie mogłam przy niej.
- Bo chcę? Cholera, myślisz, że ból po rozstaniu jest straszny? Poczekaj, aż będziesz go widywać z kimś innym, jak będziesz widzieć jak jest kurwa szczęśliwy, a ty cierpisz? Dopiero będziesz wiedziała co to piekło, ja dopiero z niego wróciłam i chcę Ci pomóc - byłam w szoku, nie potrafiłam się uspokoić, trzęsłam się i łzy mimowolnie spływały po moich policzkach. Ona miała racje, nie zniosę jego widoku, nie zniosę tego, że będzie z kimś. Po tym wszystkim, czy on musiał wrócić?
- Dlaczego chcesz mi pomóc? - jęknęłam ponownie opadając na ziemię, nie miałam już sił, nie chciałam już żyć.
- Bo chcę by ten skurwiel tego pożałował, by nie miał satysfakcji z zepchnięcia Ciebie na samo dno, kurwa, po prostu chcę Ci pomóc więc chwytaj się tej liny, bo szybko mogę zmienić zdanie!