poniedziałek, 6 maja 2013

Unexpected things

II. Łap się każdego koła ratunkowego, ono może Ci pomóc, naprawdę może Ciebie uratować.

                                                                       
                                                                              ***
                 - Dlaczego on tak mnie się przyczepił? Cholera, ja przecież nic mu nie zrobiłam - w końcu wydusiłam to z siebie, to całe marne podsumowanie obecnej sytuacji, mój nauczyciel się na mnie uwziął, co lekcje brał mnie do tablicy, a ja cały czas byłam nieprzygotowana, ale jak tu się uczyć jak ma się takiego chłopaka?
- Maleńka, gdybyś się ze mną nie włóczyła i zaczęła się uczyć to zapewniam Ciebie, że dałby Ci spokój - mój ukochany zaśmiał się i przyciągnął mnie bliżej siebie by powoli gładzić kciukiem mój policzek. Patrzył prosto w moje oczy, a ja tonęłam, czy to normalne, że coś było aż tak niebieskie? Może i on miał racje, ale tak ciężko było mi się z nim rozstać na kilka godzin, a co dopiero na dłuższy czas bym mogła się uczyć. Łańcuch pokarmowy znajdował się w mojej głowie w szufladzie z mało ważnymi rzeczami. 
- Więc co? Chcesz spokóju? - poruszyłam brwiami robiąc jednocześnie podejrzaną minę. Jak ja kochałam się z nim droczyć.
- Chcę żebyś nie zawalała nauki, a na pewno nie przeze mnie, dobra? Spróbuj, ja porozmawiam z Twoim nauczycielem - na dźwięk ostatniego słowa wzdrygnęłam się. Od kiedy to chłopak załatwia rzeczy za swoją dziewczynę? Ej, byłam przecież już dużą dziewczynką, potrafiłam podejść i spytać się o to i owo. 
- Dobrze, dobrze, mamo - zachichotałam i odsunęłam się od niego by zobaczył moją minę, którą cóż, w kilku słowach nie zdołałabym opisać.
- Rose, nie żartuj - uśmiechnął się szeroko dając mi tym samym możliwość podziwiania jego śnieżnobiałych zębów, chłopak zaśmiał się cicho i po chwili kontynuował - widzisz, znam Tego całego Petera dość dobrze, wiesz przecież, że jest moim sąsiadem, wisi mi przysługę, więc z nim porozmawiam, bo najbardziej na świecie pragnę byś dobrze się uczyła i zdobyła dyplom z wyróżnieniem, bo szczerze Rose chyba każdy lubi seksowne kujonki, które dla niego zamieniają się w niegrzeczne dziewczynki? - znów się śmiał, a ja zrobiłam naburmuszoną minę i z całej siły uderzyłam go pięścią w ramię, nawet nie drgnął. Mogłam sama o siebie zadbać, sama porozmawiać z nauczycielem, ale wiedziałam, że jak mój chłopak coś mówi to pomimo tego, że mu zabronię to i tak to zrobi, więc moje sprzeciwianie się w tym momencie nie miało większego sensu.  
- Naprawdę? Seksowne kujonki i Twoje największe pragnienie to mój dyplom? Znalazłeś sobie marzenia - wywróciłam oczami i zmierzyłam go wzrokiem cicho się śmiejąc. Nie wyglądał na typ, który się przejmuje ocenami swojej partnerki, właściwie to jego nie mogłam zakwalifikować to żadnego typu mężczyzny, był wyjątkowy, oryginalny i mój. 
- Chyba każdy chce mieć inteligentną kobietę? Cóż, mam inne największe marzenie, ale nie mogę Ci go zdradzić, bo wiesz wtedy się nie spełni, ale zapewniam Ciebie, że każda myśl w mojej głowie i każde marzenie jest związane z Tobą, cholera Rose przez to wszystko czuję się jakbyś pozbawiała mnie męskości, wiesz ja i takie gadki? To się ze sobą kłóci - on pokręcił z niedowierzaniem głową i zaśmiał się odpalając papierosa, a ja wpatrywałam się jak się zaciąga i po chwili wypuszcza dym. Nawet kiedy palił i niszczył swoje płuca, to wyglądał niesamowicie.
- Chyba każda chce słodkiego ciamajdę? - użyłam jego broni cicho się śmiejąc, a moja miłość zdębiała by po chwili przyciągnąć mnie do siebie i zamknąć w niedźwiedzim uścisku tak, że prawie traciłam możliwość oddychania. 
- Chyba żadna ciamajda nie potrafi tak szybko przyciągnąć do siebie dziewczyny - powiedział jak zwykle z wysoko uniesioną głową, a ja szybko pokiwałam przecząco i już chwilę później nasze usta były złączone w namiętnym pocałunku.

                                                                             ****

                         Wdech i wydech i znów to samo, wdech i wydech, nawet dzieci to potrafią. Właściwie rodzimy się posiadając tą umiejętność, to takie łatwe, naturalne, a ostatnio tak często zdarza mi się o tym zapominać. Chyba powinnam sobie to gdzieś zapisać, nie mogę tego całkowicie wyrzucić z głowy, nie mogę tego zrobić dla mamy. Nie byłaby zadowolona gdyby okazało się, że jej jedyna córka, jedyna rodzina nie oddycha. To by ją zniszczyło. Głęboki wdech i znów wypuszczam powietrze z głośnym świstem. 
- Proszę, Rosalie wypij to - pan Glors podał mi fioletowy kubek z namalowanymi na nim kółkami, niepewnie po niego sięgnęłam, był gorący. Aż zapiekły mnie ręce, ale to nie było nieprzyjemne. Byłam pewnego rodzaju masochistką, bo myśli o nim sprawiały mi ból, tak wielki, że każda komórka mojego ciała wręcz błagała bym przestała, ale to było silniejsze. Nie mogłam spełnić ich żądania. Nawet nie wyobrażałam sobie tego jakby to było ruszyć dalej, znów rozmawiać z ludźmi, tymi ludźmi z którymi on rozmawiał, jakby to było zakochać się, by ktoś całował mnie w usta, w twe same co on całował, by ktoś mnie przytulał, by był cały czas blisko mnie, tak samo jak on. To było dla mnie zbyt odległe, łudziłam się, że w dalekiej rzeczywistości uda mi się naprawdę zacząć żyć normalnie. Nie udawać, ale naprawdę funkcjonować. Od dziecka miałam ambitne plany by skończyć studia, znaleźć dobrą pracę i mieć dużą rodzinę, a wraz z jego odejściem to wszystko zginęło. Wdech i wydech, wdech i wydech i próbuję napić się gorącego napoju, nawet nie obchodzi mnie co to jest. Spróbowałam tego i automatycznie poparzyłam sobie język, kto normalny daje niezrównoważonej nastolatce wrzątek? Czy mój nauczyciel potrafi używać mózgu? Westchnęłam rozglądając się dookoła. Znajdowałam się teraz w mieszkaniu pana Glorsa, ponieważ on tak bardzo chciał mi pomóc. Byłam w tym samym budynku w którym kiedyś byłam z nim. Wdech, wydech, wdech, wydech nie myśl o nim. Potrząsnęłam głową i zmusiłam siebie do minimalnego uśmiechu w kierunku mężczyzny.
- Rose i jak się czujesz? - zapytał z wręcz namacalną troską w głosie. Witamy w klubie martwienia się o Rose, która jest jak tykająca bomba, musimy czekać aż wybuchnie. Podciągnęłam nosem, przez moje całe płakanie miałam katar, a z racji tego, że pozwalałam uciekać łzą dość często to od jakiegoś czasu miałam problemy z zatokami. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi na pytanie mojego nauczyciela i ponownie głośno westchnęłam. Chciałam go zobaczyć, chociaż przez chwilę i wygarnąć mu wszystko, powiedzieć jak się teraz czuje, ile to wszystko mnie kosztuje, sprawdzić jak on sobie radzi. Miałam taką wielką nadzieję, że jednak kłamał, że mnie wciąż kochał. Bezsensownie się łudziłam, ale taka byłam, raniłam samą siebie. 
- Rosalie czy możesz mi odpowiedzieć na pytanie, a nie tylko wzruszyć ramionami? To nic konkretnego mi nie mówi - pan Glors kontynuował. Mogłam się tego spodziewać, przesłuchania, chciał wyciągnąć ze mnie jak najwięcej, wiedziałam to przychodząc tutaj i wciąż miałam takie samo nastawienie jak wcześniej. Wytrzymam tutaj, trochę skłamię, a następnie wrócę do domu ze świadomością, że właśnie ten mężczyzna nie będzie mnie już męczył.
- Nie rozumiem co tutaj jeszcze mówić, widział Pan, że płakałam, już nie płaczę co chyba oznacza, że czuję się dużo lepiej - mój ton głosu był obojętny, starałam się brzmieć normalnie, bo to zwiększało moje szanse na szybszy powrót do domu. 
- Proszę nie nazywaj mnie Panem, tutaj nie chcę być Twoim nauczycielem, ale osobą, która chce Ci pomóc, dobrze? Mów mi Peter - te słowa mnie zaskoczyły. Nie chciałam mówić do niego po imieniu, był pedagogiem w mojej szkole, uczył mnie, to wszystko było dziwne. Chociaż w tym momencie jak i z pewnością w całej reszcie mojego życia, było mi wszystko obojętne. Pokiwałam potwierdzająco głową i upiłam kilka łyków herbaty, która z parzącej stała się przyjemnie ciepła. 
- Wiem, że to ma związek z Twoim kolegom, on miał Morrow na nazwisko, prawda? Nie uczyłem go, ale mieszkał tutaj i widziałem Was parę razy jak byliście razem - przełknęłam głośno ślinę gdy do mojego mózgu dotarło to co on właśnie powiedział. Zaczęłam się zastanawiać czy wstać i po prostu stamtąd wybiec, czy przeprosić i pod pretekstem, że moja mama na mnie czeka wyjść. Pierwsza opcja była bezpieczniejsza, ale druga grzeczniejsza, niestety nie wybrałam żadnej i cały czas milczałam.
- Rozstanie z chłopakiem musi być bolesne dla dziewczyny w Twoim wieku, ale to już jest coś gorszego niż ból po zerwaniu. Rosalie zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni i rujnujesz swoje życie, nie możesz tego robić, musisz się opamiętać zanim będzie za późno - nic do mnie nie przemawiało. Ciekawa byłam jakby on zachował się na moim miejscu, czy też ruszyłby dalej. Byłam zdenerwowana, nienawidziłam jak ktoś się o mnie troszczył.
- Już jest za późno, więc proszę się nawet nie wysilać - odpowiedziałam szybko i schowałam twarz w dłoniach jednocześnie podciągając pod siebie kolana. 
- Na nic nie jest za późno Rosalie! Weź się w końcu w garść! - on wciąż nalegał. Zaczęłam rozpływać się na myśl o zakończeniu tej dennej wizyty, o wyjściu z jego mieszkania, powrocie do mojego domu i następnych lekcjach biologi w spokoju. Wciąż powtarzałam sobie to, że zobaczy, że nic się nie na zrobić i w końcu odpuści.
- Nie mam po co - odpowiedziałam spokojnie ponownie zaciągając się powietrzem, wypełniłam moje płuca tak niezbędnym tlenem. 
- Dla Twoich bliskich! - brnął w to dalej i po co? To nic mu nie da, tylko dlaczego on tego nie rozumiał? Dlaczego niektórzy byli tak cholernie skomplikowani i nie mogli zrozumieć, że chcę mieć spokój. Potrząsnęłam głową, to było po prostu niewiarygodne. Wychodziłam z założenia, że nikt się nie troszczy o obce mu osoby, w końcu czemu Panu Glors miałoby na mnie zależeć.
- Nie mam bliskich - odpowiedziałam tak gładko jakby ktoś się mnie zapytał co chcę do picia. Przecież to było nic takiego, On odszedł, On wszystkich zabrał, zostałam sama, musiałam się przyzwyczaić i teraz to było rzeczą naturalną.
- Masz mnie! - krzyknął tak głośno, że aż się wzdrygnęłam. Czemu on na mnie krzyczał? Ja po prostu chciałam żyć karmiąc się wspomnieniami, to nie było nic takiego. Jakbym nie mogła zostać sama. Boże, jeżeli to słyszysz to pozwól mi być samej, chcę mieć w końcu spokój, by łaknąć cofnięcia czasu jeszcze bardziej, by cierpieć jeszcze mocniej, by myśleć o nim jeszcze częściej, tak, taka chciałam być. Nie chciałam o nim zapomnieć, nie potrafiłam chociaż nawet się nie starałam, był dla mnie wszystkim, wciąż.
- Proszę mi dać spokój - powiedziałam i zbierając w sobie resztę sił, wstałam robiąc krok w kierunku wyjścia, jednak Peter musiał mnie zatrzymać. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie chwytając dłońmi moją twarz. Wewnętrznie zaczęłam krzyczeć, zewnętrznie stałam niewzruszona. Powinnam się bać, a myślałam tylko o tym, że On trzymał mnie tak samo, tak samo przyciągał kiedy od niego chciałam odejść. Zachowanie mojego nauczyciela było niedorzeczne, ale co ja mogłam zrobić. Byłam w jego mieszkaniu, tutaj i tak nikt by nic nie usłyszał, pozostała mi nadzieja, że nic mi nie zrobi, a jednocześnie pragnęłam by jednak coś się stało, bym mogła cokolwiek poczuć, bym na chwilę zapomniała o nim i myślała o sobie. By moje życie skupiło się na czymś innym. Zamknęłam oczy i zacisnęłam mocno wargi czekając na najgorsze. 
- Masz mnie Rosalie i wiem, że dla Ciebie to nic nie znaczy, ale odkąd Ciebie zobaczyłem, odkąd weszłaś do mojej klasy, oszalałem na Twoim punkcie! Nie potrafię nad sobą zapanować, umieram widząc Ciebie w takim stanie, dlatego proszę nie rób mi tego, oszczędź moje biedne serce! - zamarłam. Wszystko w ułamku sekundy się zmieniło. Mój nauczyciel nie mógł niczego do mnie czuć, tylko on był mnie kochać, a nie jakiś inny mężczyzna. Nie chciałam być kochana przez niego, on był moim nauczycielem. Nie mógł, to było niewłaściwe, zabronione, więc czemu tak się stało? Ja przecież tego nie chciałam, nie podrywałam go, właściwie to unikałam jak ognia, nigdy nie zwracałam na niego większej uwagi. Nie, to nie mogła być prawda, tego było już za dużo, ja chciałam już odpocząć, niech mi w końcu wszyscy dadzą spokój. 
- Nie, proszę mnie puścić, chcę stąd wyjść - warknęłam i wyrwałam się mu biegnąć w kierunku wyjścia. Pan Glors nie mógł być żadnym gwałcicielem czy niebezpieczeństwem dla mojego ciała, bo drzwi były otwarte. On był trucizną dla mojej duszy, ponieważ jeszcze bardziej wariowałam. Jak ja miałam teraz chodzić na jego lekcje? Nienawidzę tego, nienawidzę wszystkiego.
                        Wybiegłam z budynku zalana łzami,  zastanawiałam się, na co liczyłam przychodząc tutaj, cóż na pewno nie na takie wyznanie. Co on sobie wyobrażał, to nie mogło być prawdą, tego było za dużo. Pieprzyć wszystko, nie mogę tak dalej żyć. Nie potrafię tego dalej ciągnąć, kocham moją mamę, jest wszystkim dla mnie, ale nie uratuje mnie, już za późno. Zaczęłam biec, biec przed siebie, po prostu by gdziekolwiek uciec i tak jak wcześniej zawsze męczyłam się na lekcji wychowania fizycznego po kilku minutach to teraz biegłam nie czując żadnego myślenia. Wszelkie uczucia związane z moim ciałem zostały wyłączone, byłam niczym robot, zaprogramowana na funkcjonowanie, ale coś pękło, tego było za dużo. Chciałam w końcu z tym skończyć, skończyć z moją ciemniejszą stroną, ze stroną, która wciąż pamiętała o nim. Biegłam już zalana łzami, przez to obraz zaczął mi się rozmazywać, już nawet nie patrzyłam przed siebie, po prostu ruszałam nogami czekając aż coś się zdarzy. To było takie dramatyczne, oczekiwanie na cud, ale nie mogłam inaczej. Nagle straciłam grunt pod nogami, moje nogi zamieniły się w watę i przewróciłam się, uderzając łokciami i kolanami o zimny asfalt. Zapiekło, czułam rozchodzący się ból po moim ciele i uśmiechałam się. W końcu coś poczułam, coś innego niż tęsknota i żal. Nawet nie śniło mi się wstawać, leżałam tak i mogłabym nawet tak zasnąć, na środku drogi, ale jak zwykle jakiś osobnik tej marnej rasy nie mógł dać mi spokoju.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam czyiś piskliwy głos, w obawie, że to moja mama szybko wytarłam łzy z oczu i podniosłam się łapiąc szybko oddech. Zmrużyłam oczy by dostrzec kto do mnie podszedł. Filigranowa blondynka na wózku inwalidzkim podjechała specjalnie do mnie. Poczułam ukłucie w żołądku, ona to dopiero miała źle. Pokiwałam potwierdzająco głową i wstałam otrzepując swoje kolana, przez materiał spodni zaczęły przenikać krople krwi. Cholera, rozwaliłam sobie kolana. 
- Spodnie do wyrzucenia - zaśmiała się blondynka, a ja zdezorientowana ponownie pokiwałam potwierdzająco głową.
- Pamiętasz mnie? - te słowa mnie zaskoczyły. Czemu nie mogła mi dać spokoju, już jej nienawidziłam, jak wszystkiego z resztą. Przyjrzałam się jej uważnie i pokiwałam przecząco głową.
- Jestem Jenifer, byłam z Jasonem zanim zaczął się spotykać z Tobą, z resztą to przez niego siedzę na tym czymś, ale nie winię go, mam żal tylko do siebie, że dałam się mu omotać, że byłam taką idiotką by w to wszystko uwierzyć, cóż musiałam się przejechać na własnych błędach - mówiła dalej, a ja skupiłam się na tylko jednym słowie, konkretnie imieniu. Jason, Jason, Jason, Jason, tak dawno tego nie słyszałam. Ona była z nim, ona przez niego jest na wózku, o tym nie miałam pojęcia, ale w jednym się z nią zgadzałam, bo ja również dałam się mu omotać.
- Co on zrobił, że siedzisz na wózku? - powiedziałam za nim pomyślałam, ale ona nie była zła, uśmiechnęła się lekko i wzięła głęboki oddech. 
- Wszystkim zajęli się jego koledzy, a on stał i patrzył jak oni wszyscy po kolei mnie... - przerwała i przełknęła głośno ślinę by po chwili kontynuować - przegrałam zakład, a on się bawił widząc jak cierpiałam, potraktował mnie jak szmatę, ale to nie wszystko. Po tym wszystkim odwoził mnie do domu, byłam nieprzytomna, a on miał wypadek. Uciekł od razu nie dzwoniąc po pomoc, a ja siedziałam tam ze zmiażdżonymi nogami - skończyła, a ja znów czułam jak wszystko się wali. Jak on mógł coś takiego zrobić, tak ją potraktować. Nie potrafiłam sobie wyobrazić tego co ona czuje. Wdech, wydech, wdech, wydech musiałam znów sobie to przypomnieć. Wszystkiego znów miałam dość, a przed chwilą było lepiej, przed chwilą czułam coś innego.
- Wiem, że Ciebie też sprowadził na dno i szczerze mówiąc to zabawne widząc jak upadasz i cierpisz przez niego, bo przypominam sobie jaka byłam głupia, miałam to samo. Straciłam czucie w nogach, a on następnego dnia był już z Tobą, życzyłam Ci najgorszego i przepraszam teraz za to... Nie życzyłabym już nigdy nikomu takiego bólu, był cudowny, prawda? A potem, nagle wszystko się wali? Też tak miałaś? W każdym razie był u mnie wczoraj, śmiał przyjść i spytać się jak się czuję, jest w mieście od tygodnia, a nikt o tym jeszcze nie wie - zaśmiała się cicho. Po co! Dlaczego, ona mi to wszystko mówiła, błagam, niech skończy! Czułam jak ból przenika przez całe moje ciało, pozbawia mnie najmniejszej cząstki szczęścia, sprawia, że znów upadam na samo dno.
- Dlaczego mi to mówisz! - krzyknęłam zaciskając mocno pięści i próbując za wszelką cenę się nie rozpłakać, nie mogłam przy niej. 
- Bo chcę? Cholera, myślisz, że ból po rozstaniu jest straszny? Poczekaj, aż będziesz go widywać z kimś innym, jak będziesz widzieć jak jest kurwa szczęśliwy, a ty cierpisz? Dopiero będziesz wiedziała co to piekło, ja dopiero z niego wróciłam i chcę Ci pomóc - byłam w szoku, nie potrafiłam się uspokoić, trzęsłam się i łzy mimowolnie spływały po moich policzkach. Ona miała racje, nie zniosę jego widoku, nie zniosę tego, że będzie z kimś. Po tym wszystkim, czy on musiał wrócić?
- Dlaczego chcesz mi pomóc? - jęknęłam ponownie opadając na ziemię, nie miałam już sił, nie chciałam już żyć.
- Bo chcę by ten skurwiel tego pożałował, by nie miał satysfakcji z zepchnięcia Ciebie na samo dno, kurwa, po prostu chcę Ci pomóc więc chwytaj się tej liny, bo szybko mogę zmienić zdanie! 

środa, 1 maja 2013

Dark shades

I. Nie zapominaj o uśmiechaniu się i ciągłym zapewnianiu, że wszystko gra. Pamiętaj o oddychaniu i postaraj się o NIM nie myśleć, nie wmawiaj sobie, że jest to niemożliwe.

            Zamknąć oczy i zasnąć, potem otworzyć oczy i próbować normalnie funkcjonować, jeść, pić i nie zapominać o oddychaniu. Jak to się robiło? Wdech, wydech? Chyba tak, więc jednak wciąż pamiętam. Żyć, musiałam żyć i zachowywać się normalnie, cóż po tak długim czasie szło mi to całkiem nieźle, ba potrafiłam czasem nawet się uśmiechnąć i udać, że jakiś durny żart mnie rozbawił. Wystarczyło się śmiać i kiwać potwierdzająco głową w odpowiedzi na wszystko co jakiś inny osobnik tej marnej rasy nam mówił, tak łatwo było być normalnym człowiekiem. Nikt się nie przejmował tym jak naprawdę się czuję, bo stwarzałam pozory. Przywykłam do tego i teraz nic innego się nie liczyło. Łatwo było być człowiekiem, łatwo oddychać, wmawiać, że wszystko gra. Nikt się o nic nie pyta i uwielbiam to, to, że mogę być sama. Teraz leżąc w łóżku znów zalewam się strumieniem łez, a przecież nic takiego się nie stało. Dzień minął  mi dobrze, parę wymuszonych uśmiechów, odpowiedzi w stylu "u mnie wszystko w porządku, a u Ciebie", zjedzenie rogalika i niedobrych ostryg, bo to akurat podawali w stołówce, powrót do domu, bezsensowne próby uczenia się czegokolwiek, a potem położenie się na wygodnym materacu i znów ten ryk. Tak wyraźnie go słyszałam, to ja go wydawałam, niby całkowicie bez powodu. Powinnam się uspokoić, powinnam zrobić tak wiele różnych rzeczy, a nie potrafiłam się pozbierać, znajdowałam się w bagnie. Utknęłam w jakimś gównie, klatce do której nikt nie miał klucza. On, to on sprowadził mnie na samo dno, przez niego upadłam, a kiedy potraktował mnie jak najgorszą szmatę, cierpiałam. Leżałam na tym durnym drewnianym łóżku i znów o nim myślałam, a on miał to wszystko w dupie. Chyba nigdy mi nie przejdzie. Chyba nigdy się nie pozbieram. Byłam taka krucha, delikatna, cholernie wrażliwa, a pomimo tego, że on o tym wszystkim wiedział to nie zlitował się i zranił mnie. Potrząsnęłam głową starając się wyrzucić to gówno z mojej głowy, on był największym gównem jakie kiedykolwiek spotkałam. A było tak pięknie. 
        Kolejny dzień, kolejny pieprzony poranek i nie mogę przestać o nim myśleć. Jest jak narkotyk, kiedy go zażywasz zaczynasz jesteś szczęśliwy, odrywasz się od rzeczywistości, gdy go nie masz cierpisz, wariujesz i przede wszystkim nie potrafisz o nim nie myśleć. Cholera, to jest zbyt trudne. 
- Jak się spało Rose? - przez natłok niepotrzebnych myśli przebił się głos mojej mamy, osoby, która była najwspanialsza na całym świecie. Gdyby nie ona, to już dawno zażyłabym jakieś tabletki, popiłabym je tanią wódką i zapadła w wieczny sen. Nie miałam odwagi się ciąć lub skakać, ponieważ uważałam to za zbyt bolesne, wystarczająco cierpiałam, nie potrzebowałam większego bólu, więc pomimo tego, że sądząc po moim psychicznym stanie każdy powiedziałby, że to robię, to ja jednak nigdy nie dotknęłam żyletki. Nie mogłam ze sobą skończyć, bo moja mama miała tylko mnie, nie mogłam jej zostawić tak jak opuścił ją mój tata. On znalazł sobie inną i odszedł, nigdy nawet mnie nie poznał, mama nie powiedziała mu o ciąży, nie chciała go zatrzymywać z tego powodu, wolała być sama niż słuchać jego pretensji o tym jak to zniszczyła mu życie. Byłam wściekła na nią za to, bo przecież mogłoby się okazać, że pokochałby mnie najmocniej na świecie, że czciłby każdy dzień z moją mamą za to, że dała mu mnie, a ona nawet nie chciała spróbować.
- Dobrze - mruknęłam cicho i zaczęłam jedną z wielu prób zjedzenia płatków z mlekiem, które jeszcze chwilę temu podała mi mama. 
- Niedługo Twoje urodziny, może chciałabyś zrobić jakąś imprezę? - to pytanie, które padło z ust jedynej bliskiej mi osoby, było dziwne. Nawet gdybym zrobiła imprezę i tak nikt by nie przyszedł, spaliłam za sobą wszystkie mosty kiedy On mnie zostawił. Odcięłam się od znajomych, zostałam typem samotnika i nie przeszkadzało mi to.
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam gładko próbując pozbyć się dławiącej, wielkiej guli w moim gardle. Moje ciało zareagowało na to, że moja mama nie miała pojęcia jak bardzo samotna jestem. Wmawiałam jej, że wychodzę do koleżanek, że mam masę znajomych i co chwilę ktoś mnie zaprasza na imprezy, a zamiast tego chodziłam do parku i myślałam o nim. Siedziałam tam na jednej z tych brzydko pomalowanych ławek, niektórzy ludzie byli nienormalni, nawet na ławce w tym durnym parku, gdzie chodzą małe dzieci potrafili narysować męskie narządy płciowe i jeszcze się podpisać. 
- Dlaczego? Przecież tak często chodzisz do ludzi, pora się odwdzięczyć! - mama wciąż drążyła temat. Czy ona ma jakiś wyłącznik? Coś co po kliknięciu usunie to całe zamartwianie się o mnie i próbowanie za wszelką cenę mnie uszczęśliwić? Przydałoby się takie coś. 
- Po prostu nie chcę, możemy o tym nie rozmawiać? Zaraz spóźnię się do szkoły - mruknęłam szybko i wstałam od stołu odkładając prawie pełną miskę do zlewu. Może dzisiaj uda mi się nie zjeść śniadania. Bez zbędnych słów wyszłam z kuchni udając się do mojego pokoju, skąd po wzięciu plecaka z ciężkimi książkami również wyszłam. 
              Nienawidzę szkoły, nienawidzę tych wszystkich ludzi, którzy go znają, a zna go prawie każdy. Wszyscy widzieli jaka byłam z nim szczęśliwa, jak bardzo go kochałam i teraz każdy wie, że to nic dla niego nie znaczyło. Wyrazom współczucia mówiłam nie i w ten sposób by chociaż nie mówić o nim przestałam rozmawiać z kimkolwiek. Lekcje ciągnęły się niewiarygodnie długo, chyba jeszcze nigdy biologia nie była tak nieciekawa. Powinnam się starać, poprawiać oceny. Wcześniej kiedy on był, kiedy tak sprytnie mnie okłamywał to nie miałam czasu się uczyć, cały czas z nim wszędzie jeździłam, a nawet kiedy znalazłam chwilę czasu to byłam pochłonięta rysowaniem serduszek z jego imieniem w środku. Teraz po prostu mi się nie chciało uczyć, nawet kiedy próbowałam, tak bardzo się starałam, nic nie zostawało w mojej głowie, bo po prostu mi się nie chciało, było tam za mało miejsca, cały obszar zajmowały myśli o nim. 
- No dobrze, swój referat na temat potrzeby insektów w przyrodzie przeczyta nam Rosalie. Panno Livenge zapraszamy na środek - słysząc swoje imię niechętnie uniosłam głowę, a zdając sobie sprawę o co mnie poproszono oraz, że nie jestem przygotowana do tej beznadziejnej lekcji wstałam i wzięłam głęboki oddech. Wdech, wydech i jeszcze raz wdech, wydech.
- Nie przygotowałam się - odpowiedziałam spokojnie nauczycielowi. Boże, jak ja nie lubiłam tego profesora. Dosłownie dział mi na nerwy, byłam w stanie zabić kogoś by go zwolnili. Nie dość, że znał jego, to jeszcze uwziął się na mnie i coraz częściej kazał mi zostawać po lekcjach gdzie jakby nigdy nic uśmiechał się i żartował. Miał dwadzieścia sześć lat, był kawalerem z trzema psami, wiedziałam o nim tak dużo, bo chyba każda rozwydrzona nastolatka w tej szkole się w nim kochała i próbowała się wszystkiego dowiedzieć. Jak ja nienawidziłam tych dziewczyn, w końcu każda mi go zazdrościła, chyba każda go chciała.
- Przykro mi Rose, ale muszę postawić Ci jedynkę, siadaj - to ostatnie słowo, takie upragnione sprawiło, że moje pośladki ponownie spotkały się z niewygodnym, drewnianym krzesłem. Dlaczego tutaj wszystko było takie niewygodne? Nienawidziłam tych szkolnych krzeseł, na takich siedział kiedyś on. Skupiłam swój wzrok na moim poszarpanym zeszycie, który po części był moim pamiętnikiem. Zapisywałam tam dosłownie wszystko, nosiłam go wszędzie ze sobą i dlatego teraz był w tak opłakanym stanie. Ignorując totalnie czytającą swój referat Alison wyciągnęłam długopis i znów zaczęłam pisać:
Zamykam oczy, znów jego widzę i to nie wtedy kiedy tak chamsko łamał moje serce, ale wtedy gdy mnie całował, gdy przytulał i mówił, że jestem dla niego wszystkim. Potem otwieram oczy, wracam do rzeczywistości w której go nie ma i cierpię, cholernie znów cierpię. Moje serce krwawi. A przysięgałam mojej byłej przyjaciółce, że nigdy nie załamię się z powodu faceta. Pamiętam jak byłam normalna, zanim go spotkałam, jak miałam dużo przyjaciół i każdy mówił mi cześć, jak chłopcy zapraszali mnie na randki, a mama marudziła, że powinnam w końcu na jednego się zdecydować. Pamiętam doskonale jak miałam kontrolę nad swoim życiem. Zjawił się On, pokochałam Go, wkroczył ze swoimi brudnymi butami w moje życie i zniszczył mnie, stałam się niczym. Proszę niech ktoś mi powie jak stąd wyjść? Jak zapomnieć. Kiedyś mi się to uda, musi się udać. Pogodzę się z tym, że zostałam sama, zakocham się w kimś innym, znów będę się odzywać do ludzi i będę normalna. Uroczyście Wam to przyrzekam. 
- Rose, mogłabyś na chwilę zostać? - odłożyłam zeszyt słysząc te słowa i rozejrzałam się po klasie, ludzie zaczęli wychodzić co oznaczało, że była już przerwa. Pisałam i nawet nie usłyszałam dzwonka. Niechętnie wstałam i podeszłam do mężczyzny. Nie musiałam nic mówić, wiedziałam, że sam zaraz zacznie.
- Twoje oceny są bardzo słabe, boję się, że jeżeli teraz nic nie zaczniesz robić będziesz musiała powtarzać tą klasę. Znam Ciebie Rose, wiem o Tobie sporo, wiem, że taka nie byłaś kiedyś. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem Twoim nauczycielem i to nie stosowne, ale chciałbym Ci jakoś pomóc, chciałbym z Tobą porozmawiać, chcę dowiedzieć się co się stało, bo jako pedagog się o Ciebie martwię, nie zmarnuj sobie życia Rose - słuchałam tych wszystkich słów, brzmiały tak banalnie. Jakbym mogła mu o wszystkim powiedzieć. Samo to jak podkreślał, że jest pedagogiem trochę mnie zaniepokoiło, chociaż w sumie było mi wszystko jedno. Jeżeli chciał mi pomóc, nie mogłam mu zabronić. Niech się przekona, że to nic mu nie da, niech zrobi co chce i da mi w końcu spokój.
- Wątpię czy się Panu uda mi pomóc, bo ze mną wszystko w porządku - odparłam. Tak, moja wyćwiczona gadka. Wszystko w porządku, to zaczynało coraz lepiej brzmieć w moich ustach. 
- Jestem innego zdania, zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni. Naprawdę się martwię. Czy zgodziłabyś się na spotkanie? Wiem, że jestem Twoim nauczycielem, ale jestem także człowiekiem, a jako człowiek chcę zrozumieć Twój problem, więc może przyszłabyś do mnie wieczorem? - jego pytanie nie zaskoczyło mnie. Właściwie, ciężko było mnie teraz zaskoczyć. Oblizałam usta koniuszkiem języka i wzruszyłam ramionami. Na niczym mi teraz nie zależało, mogłam się z nim spotkać jeżeli to oznaczało, że w końcu da mi spokój. 
- Rozumiem, że się zgadzasz, z dziennika wezmę Twój numer telefonu i wyślę Ci adres. Rosalie mam nadzieję, że wspólnie uda nam się rozwiązać Twój problem -  dodał po chwili, a ja bez słowa opuściłam sale. Było mi wszystko jedno. Wtopiłam się w tłum nastolatków, wszyscy krzyczeli, śmiali się, jedna osoba szturchała drugą i pomiędzy nimi wszystkimi szłam ja. Kiedyś znałam ich wszystkich, razem się śmialiśmy, rozmawialiśmy, spędzaliśmy czas, teraz byłam dla nich niewidoczna, nikt nie zaszczycił mnie choćby jednym spojrzeniem i pasowało mi to. 
            Następne lekcje były jeszcze nudniejsze, na chemii chłopak źle zrobił eksperyment i cała sala była w pianie, wszyscy się śmiali. Jakie to było dziecinne. Opuściłam budynek szkoły, który w sumie nawet w niskobudżetowym filmie mógłby zagrać więzienie,  w końcu dyrektor zrobiłby wszystko by mieć pieniądze dla drużyny koszykarskiej, uwielbiał ją i wszystkie środki finansowe szkoły przekazywał na nich. To nic, że aula była w opłakanym stanie, że orkiestra przynosiła swoje własne instrumenty z domu, to nic, że w sali od geografii zawsze brakowało atlasów, najważniejsze było to by jego chłopcy mieli cały czas nowe stroje. Pod szkołą czekała już na mnie mama, mieszkałam na przedmieściach i gdybym miała chodzić na piechotę to zajęłoby mi to przynajmniej dwie godziny, nie chciałam uczyć się jeździć samochodem, więc moja rodzicielka mnie odbierała i zawoziła, a jak jej się nie chciało to jeździłam autobusem. 
- I jak tam było dzisiaj w szkole? - wsiadając do samochodu powitał mnie entuzjastyczny głos mojej mamy, uśmiechnęłam się do niej lekko i wzruszyłam ramionami.
- Jak zwykle, nudnie - po wypowiedzeniu tych słów rzuciłam plecak na siedzenia z tyłu i wygodnie oparłam się zapinając pasy. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Poczułam wibrację mojego telefonu, więc wyciągnęłam go z kieszeni i szybko otworzyłam wiadomość od nieznanego numeru.
"Cloudy Street 3/E12, będę na Ciebie czekał. P.Glors".
Przeczytałam ten adres jeszcze kilka razy, próbując sobie przypomnieć gdzie znajduje się ta ulica. 
- Mamo zawieziesz mnie dzisiaj do koleżanki? Muszę z nią wykonać projekt na jutro, wiesz analiza opowiadania, totalna nuda - westchnęłam. Z łatwością przychodziło mi udawanie zwykłej nastolatki, marudzącej na nudę, opowiadaniu o tym, że plotkuję z koleżankami, cieszącej się życiem. 
- Jasne kochanie - słysząc jej odpowiedź uśmiechnęłam się z wymalowaną ulgą na twarz. Bezgranicznie mi ufała, dlaczego?
               Ten czas mija zdecydowanie za wolno, jedni marudzą, że wszystko dzieje się za szybko, jak bardzo chciałabym się do tych "jednych" zaliczać. Ja miałam aż nadmiar wolnego czasu, który przeznaczałam na nic nie robienie, tylko myślenie o nim. O tym jaki był, jaki się okazał naprawdę, jakim cudem nie dostrzegłam, że to wszystko nic dla niego nie znaczyło. Byłam idiotką, największą idiotką jaka mogła istnieć na tej planecie i nienawidziłam tego. Raz leżałam, raz siedziałam na moim łóżku wpatrując się w zegar, który cały czas stał w miejscu. Po jakiejś dłuższej chwili zasnęłam i obudziło mnie pukanie do drzwi.
- Rosalie, czy ty chciałaś gdzieś jechać? Bo potem będzie za późno - głos mojej mamy znów był taki troskliwy, czułam, że jestem dla niej wszystkim. Zerwałam się z łóżka i spojrzałam na zegarek, była siódma, był wieczór, musiałam iść, w końcu umówiłam się.
- Tak, tak już się zbieram - odpowiedziałam i chwilę później stałam na chodniku przy Cloudy Street. Mama odjechała machając mi, a ja stałam jak sparaliżowana, bo byłam już wcześniej na tej ulicy, byłam bardzo często tutaj, w tym miejscu to wszystko się skończyło. On w tym miejscu mnie zostawił. Mój nauczyciel mieszkał na tej samej ulicy co on, ba w tym samym budynku. Tego było za wiele, nie potrafiłam się uspokoić i cała zaczęłam się trząść, moje policzki automatycznie stały się wilgotne, a przez nadmiar łez napływających do moich oczu nic nie widziałam, wszystko było rozmazane. Stałam na ulicy i płakałam jak mała dziewczynka, znów to wszystko sobie przypominając. Przed oczami miałam obraz tego jak pierwszy raz mnie do siebie zabrał. 
                                                                             ***
- Nie mogę się już doczekać tej sobotniej imprezy, w końcu relaks po tym całym tygodniu - uśmiechnęłam się szeroko wtulając się w tors mojego chłopaka, najlepszego chłopaka jakiego mogłam mieć. W tym momencie byłam niesamowicie podniecona, szliśmy do jego mieszkania, nie było w nim jego ojca, znów mieliśmy wylądować razem w łóżku, otuleni pościelą pod którą mój ukochany codziennie sypiał. Boże, oszalałam na jego punkcie.
- A ja nie mogę się doczekać jak zobaczę Ciebie bez tych zbędnych ubrań, maleńka - mój ukochany przejechał dłonią po moich plecach i zatrzymał ją na moich pośladkach, a ja czułam jak moje policzki robią się wręcz nielegalnie czerwone. Czemu musiałam się przy nim tak rumienić? Boże, pomóż mi zachowywać się przy nim normalnie. 
- Otwieraj drzwi - mruknęłam cicho i nie mogąc się powstrzymać wpiłam się z zachłannością w jego usta, on przywarł mnie do ściany budynku i uniósł moje prawe udo przyciskając jeszcze mocniej do siebie, nasze pocałunki stawały się coraz odważniejsze. Nie przejmowaliśmy się tym, że jesteśmy w miejscu publicznym, liczyło się tylko nasze uczucie, które naprawdę bardzo często sobie okazywaliśmy, a i tak zawsze było nam mało.
- Jesteś taka słodka - jego głosu mogłam słuchać całymi dniami i nocami, uzależniał. Chłopak przygryzł moją dolną wargę tak mocno, że aż jęknęłam z bólu co mu się chyba spodobało, bo rozpoczął walkę z moim językiem. Czułam się jak w niebie, cholera, ale on mnie uszczęśliwiał. Oddawałam się w całości jego pocałunkom, zapominając przy tym o całym świecie, nic się nie liczyło poza nim. W pewnym momencie drzwi wejściowe do budynku otworzyły się i jak na zawołanie odskoczyliśmy od siebie. Zawstydzona spojrzałam kątem oka na postać, która wyszła na zewnątrz i mnie zatkało, to był mój nauczyciel biologii. Teraz chyba nigdy nie będę śmiała spojrzeć mu w twarz. On szybko odszedł,  a mój ukochany wybuchnął śmiechem z powrotem mnie do siebie przyciągając.
- Dajmy się trochę podniecić moim sąsiadom - powiedział, a ja wywróciłam teatralnie oczami. Był niemożliwy, zaskakujący, jedyny w swoim rodzaju i cały mój, od stóp do głów. Nie przeszkadzało mi nawet publiczne okazywanie uczuć, kochałam go tak, że to mnie aż bolało, nie potrafiłam tego opisać. 
- Uważam, że dzisiejszy pokaz już odhaczyliśmy, a teraz chodźmy na górę, bo zaraz będę musiała wracać - powiedziałam twardo i odsunęłam się na bezpieczną odległość, czyli taką by nie mógł mnie dotknąć, bo przysięgam wtedy nie dojdziemy do jego mieszkania. Chłopak cicho się śmiejąc otworzył drzwi i puścił mnie przodem i gdy już przekraczałam próg znów mnie do siebie przyciągnął i namiętnie pocałował.
- Nie musisz wracać, ja Ciebie nigdzie nie wypuszczę - obiecał i znów złączył nasze usta w krótkim, ale niesamowicie czułym pocałunku.
                                                                       ***
- Rosalie? - głos mojego nauczyciela wyrwał mnie z rozkosznych, a zarazem bolesnych wspomnień. Potrząsnęłam głową uświadamiając sobie, że stoję na środku chodnika i płaczę, zacisnęłam mocno powieki starając się przestać, jednak bezskutecznie. Nienawidziłam tego, że nie potrafię zapomnieć, że wszystko mi się z nim kojarzy, że jest dla mnie całym światem i czuję się bez niego tak cholernie zagubiona. Nic nie ma teraz sensu, nawet ta ulica, ten blok wydają się inne, wszystko się zmieniło, zmieniło na gorsze.
- Rosalie proszę Cię, przestań płakać! - pan Glors złapał mnie za ramiona i zaczął nimi potrząsać, gest mówiący, że chce sprowadzić mnie z powrotem na ziemię, ale było za późno. Odpłynęłam, on odszedł i wszystko zniknęło, nie było już niczego. Płakałam dalej, jakbym chciała wypłakać wszystkie łzy, a on trząsł mną i trząsł i krzyczał jakieś niezrozumiałe dla mnie słowa. Boże, dziękuję Ci, że moja mama tego nie widzi, ona by tego nie wytrzymała, dla niej muszę być normalna. Po tym wszystkim co jej zawdzięczam musi być ze mną wszystko dobrze, po prostu musi. Zamknęłam oczy cały czas czując jak moja głowa lata pod wpływem ruchów pana Glorsa. Musiałam być jedną z jego najgorszych uczennic, musiał mnie nienawidzić. W końcu tak łatwo jest nienawidzić, ja nienawidziłam prawie wszystkiego, a szczególnie nienawidziłam jego i tej ulicy, jego mieszkania, jego kłamstw, jego głosu, jego pocałunków, jego dotyku, jego bliskości, nienawidziłam jego. 
- Jeżeli zaraz się nie uspokoisz to przysięgam, że zawiozę Cię do jakiegoś szpitala - te słowa podziałały na mnie tak jakby ktoś dał mi kopa w dupę i kazał się uspokoić. Wylądowanie w jakimś szpitalu wiązało się z powiadomieniem o wszystkim mojej mamy, z ujawnieniem mojego rzeczywistego stanu, na co rzecz jasna nie mogłam pozwolić. Wdech, wydech, wdech, wydech. Jak dobrze, że wciąż to pamiętam. Odsunęłam się od mojego nauczyciela i wierzchem dłoni wytarłam łzy biorąc znów głęboki oddech i wydech. Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na mężczyznę. Rozpieszczona i rozwydrzona dziewczynka z głupimi problemami, mój koniec jest bliski. Chyba zaraz znowu się rozpłaczę, ale nie mogę. Cholera dlaczego ja tutaj przyszłam?