sobota, 5 października 2013

No way

Oczami Jasona

Czasami w życiu każdego człowieka są momenty w których trzeba podejmować decyzję, zrobić coś co wpłynie na nasze całe życie lub zrobić wszystko by ocalić kogoś innego i w taki oto przepiękny sposób schrzaniłem sobie całe życie. W głowie aż krzyczy ten wredny głos "gratuluję Ci Jason". Zrobiłem coś, już tego nie zmienię, nie mam wyjścia, nie odzyskam jej. Straciłem ją na zawsze i w tym wypadku zawsze nie jest żadnym sarkastycznym słówkiem, wymyślonym przez żałosnego nastolatka za którego szczerze mówiąc już od dawna siebie nie miałem. Ja zraniłem ją i każdego dnia obserwowałem jak cierpi, jak staje się niczym przeze mnie, jak upada, a ja byłem bezsilny i jej nie pomogłem, nie wytłumaczyłem niczego, przecież to była lepsza opcja, dużo łatwiejsze wyjście i oficjalnie zostałem największym idiotą świata. Chyba nie nadaję się do związków, zawsze, jeden po drugim niszczę załamując te biedne dziewczyny. Tak, postanowiłem, że koniec z tym, koniec z umawianiem się na jakieś durne randki, koniec z udawaniem słodkiego, wrażliwego chłopca, jestem sukinsynem i będę zachowywał się tak jak na debila przystało. Bezwzględnie, bo liczę się tylko ja.
               Na początku było ciężko, z trudem powstrzymywałem siebie by do niej nie wrócić, nie upaść na kolana i nie błagać o wybaczenie. Wtedy jeszcze nie wyobrażałem sobie życia bez niej. Tak, to brzmi szczeniacko, bo niby co głupek w moim wieku może wiedzieć o miłości? Jednak ja naprawdę kochałem, szalałem, wielbiłem. Od zawsze dostawałem wszystko co chciałem, robiłem cokolwiek moja dusza zapragnęła, ojciec miał mnie gdzieś, ludzie albo się mną zachwycali, albo schodzili z drogi nie chcąc ze mną zadzierać. Czułem się jakbym był cholernie przeklęty, nie mogłem nawet nikomu o tym powiedzieć, wyśmialiby mnie. A niektórzy aż sami się prosili by z ich się śmiać czy im dokuczać i z czasem to zacząłem lubić, teraz także trzymam wysoko głowę, jestem dumny z każdego mojego, pojedynczego czynu, nawet jeżeli ktoś traci życie mnie to nie obchodzi, jestem Jason, mogę wszystko.
- Kawę białą czy czarną? - słodki głosik miłej kasjerki rozbrzmiał w moich uszach. Właściwie to mógłbym się z nią zabawić, miała całkiem apetyczne ciało, a te usta. Czy ona specjalnie przygryzła tę dolną wargę? Zdaje sobie sprawę jak to nas mężczyzn pobudzi? Dziewczyny i ich cwane pułapki, a jednak wbrew panującej opinii, są banale. Tak proste w obsłudze. Bajer, uśmiech, cmok i do łóżka hop.
 - Słodką tak jak ty - zmusiłem siebie do uśmiechu i już widziałem jak drobna blondynka biegnie by posłodzić mi kawę, potem dała mi ją, a ja wyciągnąłem na blat studolarowy banknot, który dzisiaj ukradłem z kogoś portfela. Ona uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się dołeczki i od razu była stracona. Potrząsnąłem głową i wyszedłem nie upominając się o resztę i tak nie były to moje pieniądze, to co mi zależało. Ulice były puste, nie mógłbym oczekiwać tłumów o trzeciej nad ranem. Wróciłem, znów tutaj się pojawiłem chociaż tak bardzo nienawidziłem tego miasta, tych ludzi ich prostoty. Moja cudowna maska, już wszyscy wiedzieli jaki beznadziejny jestem, a dziewczyny pragnęły mnie dzięki temu jeszcze bardziej. Naiwne, czy one nie wiedzą, że zranię im serca? Rozerwę na strzępy. Nie będę miał litości, nikt się dla mnie nie liczy, ale potrzebuję zabawki. Nie pozwolę sobie na tyle uczuć co ostatnio.
                                                               ***
- No dobra, ale jak otworzysz oczy to Ci coś zrobię, jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno wymyślę - wyszeptałem prosto do jej ucha prowadząc ją na dach mojego bloku na którym przygotowałem naszą kolację. Wiem, że nie można tam wchodzić, jednak teraz oszalałem tak bardzo na punkcie Rosalie, że nie mogę przestać się starać. Czuję stres, że coś jej się nie spodoba chociaż doskonale widzę jak rozpływa się na mój widok, jest moja, a czuję się tak jakby zaraz ktoś mi miał ją odebrać i jakbym już nigdy więcej miał jej nie zobaczyć. Nie mogłem już jej nigdy stracić. W moim życiu w końcu było coś dobrego, delikatnego, kruchego, a jednocześnie tak silnego.
- Jason nie lubię niespodzianek - jej głos, jej cichy głosik, to wystarcza by kąciki moich ust uniosły się do góry. Nic jej nie odpowiedziałem, złapałem ją mocniej w talii i tylko prowadziłem po durnych schodach, aż w końcu doszliśmy do wyjścia na dach, tam z uśmiechem na ustach odsłoniłem jej oczy i przytuliłem. To było dziwne, nigdy nikogo tak nie potrzebowałem. Zawsze byłem tym złym kolesiem, rozpuszczonym dzieciakiem, a z Rose u mojego boku wszystko się zmieniało na lepsze. Biało czarny świat nabierał kolorów, proste życie zaczęło się komplikować, stawałem na głowie by ona dobrze się czuła. Rosalie szybko otworzyła oczy i kilkukrotnie zamrugała, potem nie minęła minuta, a jej usta już dotykały moich. Taką ją lubiłem, wbrew pozorom grzeczna dziewczynka była niegrzeczna dla mnie. Chyba do reszty mi odbiło, czemu ona była taka idealna? Taka delikatna, dziewczęca jakbym obchodził się ze szklaną figurką, właściwie to zabawne było same to porównanie.
- Jason, tak bardzo Cię kocham - znów jej delikatny głos, znów się uśmiecham i przytulam ją do swojego ciała, chcąc ochronić ją przed całym światem. Ja też ją kocham, ale nie powiem tego, nie tak często, wystarczy, że wyciągnęła ze mnie to raz, więcej razy nie trzeba. Nie chcę się czuć tak jakby ktoś odebrał mi moje jaja.
                                                                    ***
Wszedłem do mojego starego bloku, tutaj chyba nigdy nic się nie zmieni. Nikt o to nie dba, śmierdzi petami, a na ścianach są beznadziejne graffiti przedstawiające głównie męskie genitalia. Spokojna okolica, jasne. Potrząsnąłem głową kierując się po schodach na górę i wchodziłem już na trzecie piętro kiedy usłyszałem, że drzwi od mieszkania chyba największego idioty jakiego kiedykolwiek było dane mi poznać. Peter Spoken, chory człowiek, wieczny kawaler, śmiać mi się z niego chciało. Zaciekawiony wychyliłem się z klatki schodowej patrząc w dół i właśnie w tym momencie mnie zatkało. Z jego mieszkania wybiegła Rosalie, na całe szczęście na mnie nie zwróciła nawet najmniejszej uwagi, była zapłakana, kompletnie nie przypominała dawnej siebie, w moim sercu coś drgnęło, to przeze mnie wszystko. Zaraz, nie mogę się przejmować, co mnie obchodzi jakaś była dziewczyna, będę ich jeszcze miał miliony, a takie kruche istotki jak ona zawsze zbytnio dramatyzują. Zacisnąłem pięści i pokonałem kolejny schodek starając się dotrzeć do mojego mieszkania kiedy usłyszałem jego głos i natychmiast utwierdziłem się w przekonaniu, że wszystko o co wcześniej go podejrzewałem było prawdą. Chory pedofil zakochał się w Rose. Już jej współczułem, chyba nigdy się od niego nie uwolni, ale ja przecież nie mogę się przejmować. Szczerze to wątpię by po tym co jej zrobiłem chciała jeszcze kiedykolwiek na mnie spojrzeć. Dla niej prawdopodobnie byłem zerem, ale miałem to gdzieś. Niech sobie myśli o mnie co chce. Ja jestem Jason, dbam tylko o siebie, taka jest prawda.
- Morrow - jego głos i znów miałem ochotę się roześmiać. Biedny, zagubiony mężczyzna. Odwróciłem się do niego z wręcz bezczelnym uśmiechem na ustach. Super, psorek kocha Rose, powodzenia. Chociaż skoro dziewczyna zainteresowała się mną, to myślałem, że miała o wiele lepszy gust.
- Panie profesorku, miło znów Pana widzieć! - zaśmiałem się i podszedłem do niego unosząc brwi.
- Jesteś bezczelnym dzieciakiem Morrow i nawet nie wiesz jak ją zraniłeś, nie było Ciebie, a ona nie jest sobą, mam nadzieję, że jesteś zadowolony - syknął. Kurczę, nie było mnie jakiś czas, a on stał się taki odważny i taki zły. Chodzi jak na szpilkach, chociaż nie, nie chciałbym go zobaczyć w szpilkach. Już wystarczająco jest pedalski. To co mówi w ogóle do mnie nie dociera. Zawsze taki jestem, ranię, nie musiała się w to pakować.
- Wiem, dziękuję za komplement, ale wydaje mi się, że Pan profesor ją szybko pocieszy sądząc po tym co przed chwilą usłyszałem. Cóż myślałem, że ma lepszy gust, ale jeżeli lubi napalonych facetów przed trzydziestką to miłego dobierania się do ej majtek. A teraz wybacz, ale mam ciekawsze zajęcia niż gadanie z Tobą - wzruszyłem obojętnie ramionami i mrugnąłem do niego szybko udając się do mojego mieszkania. Stare, małe, ale własne. W końcu tylko moje, bo jeszcze do niedawna musiałem mieszkać z ojcem. Teraz stary zwiał i wszystko było moje. Jasne, po tak długiej nieobecności panował tutaj wielki syf, masę kurzu od którego od razu zacząłem psikać. Musiałem tu posprzątać i zrobiłem to marnując przez to trzy godziny mojego życia. Nienawidzę sprzątać, muszę sobie znaleźć kogoś od tego.
                    - To co zwykle - powiedziałem kelnerce, której tak naprawdę nie znałem. Ona spojrzała na mnie zaskoczona. No jasne, nowa. Nienawidzę kiedy zatrudniają jakiś nowy personel, nigdy nie wiedzą co lubię. Młoda dziewczyna stała i wpatrywała się we mnie nie wiedząc co do końca powiedzieć. Cholera, jakie to było żałosne. Spojrzałem na nią błagalnie.
- Sprite i burger - warknąłem i oparłem się o krześle obserwując jak kelnerka od chodzi. Uwielbiałem tutejsze burgery, były najlepsze w całym mieście, takie dobre mięso w nich było. Kiedy podobała mi się jakaś dziewczyna przyprowadzałem ją tutaj i sprawdzałem co zamówi, jak zamawiała specjał tutejszej kuchni to od razu miała u mnie plus.
- Jason? Ty gnoju! - ekstra, człowiek wraca do miasta i od razu spotyka mase ludzi, których tak naprawdę nie chce spotkać. Uniosłem wzrok i zmusiłem siebie do naprawdę minimalnego uśmiechu. Mój durny kuzyn Isaac stał nade mną i szczerzył się jak koń. Tak łatwo było mi o nim zapomnieć, a jednak pojawił się i znów mnie wkurza. Od dziecka mnie wkurzał, samym byciem sobą, zawsze był tak beznadziejnie wesoły. Śmiał się ze wszystkiego, a ja zbyt często chciałem spokoju, dlatego nigdy za nim nie przepadałem.
- Isaac, fajnie Cię widzieć, teraz możesz już iść - mruknąłem i chwyciłem w dłoń solniczkę bawiąc się nią i ogarniając dziewczyny w pomieszczeniu. Jak zwykle wszystkie oczy były skupione na mnie. Moje przekleństwo, podobam się dziewczyną aż za bardzo. Są takie łatwe.
- Znów jesteś gnojem. Nawet z wiekiem nie zmieniasz się! Moja mama się o Ciebie martw, wydaje mi się, że powinieneś się z nią spotkać - jego cudowna matka była niesamowicie puszczalska, bo będąc siostrą mojej nie miała żadnych skrupułów by przespać się z jej mężem, czyli moim ojcem. Przez to małżeństwo, a następnie moja cała rodzina się rozpadła. Jednak cudowna rodzina Isaaca wciąż pozostała silna, nic im się nie stało. Mieli wszystko, a my z ojcem nasze "wszystko" straciliśmy. Nienawidzę jego matki tak bardzo, że nie potrafię tego opisać. Aż mi wnętrzności skręca jak pomyślę o tym przez co dzięki niej musiałem przejść
- Dasz mi spokój, czy będziesz tak stał nade mną cały dzień? Kurde, Isaac naprawdę nie masz nic ciekawszego do roboty? - miałem ochotę roześmiać mu się prosto w twarz. Jak to szło? Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach? W tym momencie mogłem się w zupełności zgodzić z tym stwierdzeniem.
- Niestety nie mam, nic nie równa się z dokuczaniem mojemu kochanemu kuzynkowi - dupek uśmiechnął się, a ja się cały zagotowałem, zaraz mój mózg z tej złości się przegrzeje. Nienawidzę go, od zawsze był taki wkurzający. Po prostu urodził się nieudany, ale teraz wpadłem na pewien pomysł, chciałem coś od niego, więc musiałem zignorować fakt, że jest taki beznadziejny i wykorzystać go do moich własnych celów.
Na niczym mi nie zależało, cały czas to sobie wmawiałem, ale znów widząc Rosalie moje serce zabiło mocniej, nie mogłem przed tym uciec. Dlatego też nie mogłem pozwolić by ten obślizgły nauczyciel się do niej dobierał, przecież od razu było widać, że chodzi mu o jedno.  Zmieniłem swój wyraz twarzy, z wkurzone na słodkiego i zamrugałem szturchając Isaaca.
- Mam do Ciebie sprawę, musisz coś dla mnie zrobić - powiedziałem pewnie, tak jakbym to oznajmiał, a nie pytał. Cóż w pewnym sensie tak było. Kelnerka przyniosła moje zamówienie, byłem zdenerwowany, bo chyba nigdy nie czekałem na kawę tak długo, czemu oni teraz zatrudniają tutaj takie beznadziejne osoby?
Spojrzałem na Isaaca, który przetarł swoją durną twarz dłonią i zaczął świecić swoimi zębami.
- Poważnie? - warknąłem, bo ten wciąż szczerzył się jak koń.
- Nigdy w życiu bym nie uwierzył w to, że poprosisz mnie o coś, więc sory kochanie wybacz moje zdziwienie - poruszył brwiami i by mnie jeszcze bardziej wkurzyć zaczął się śmiać.
- Isaac, w tym momencie się zamknij i mnie słuchaj! - krzyknąłem, a kiedy ten zrobił minę niczym pies, który podkulił ogon to on razu wywróciłem oczami i uśmiechnąłem się szeroko znów przybierając twarz miłego kuzyna - pamiętasz moją ostatnią dziewczynę? Rosalie? Chcą się do niej dobrać i ją zabrać do ośrodka, podejrzewam, że jej pieprzony nauczyciel im pomaga, proszę nie pozwól by ją zabrali, by ona się jakkolwiek z nim widywała - wysyczałem. Za dużo na głowie miałem, a do tego Rose odstawia taki numer. Dlaczego musiała mieć te chore dary, że teraz wszyscy na nią polowali? 
- Zależy Ci, to coś nowego - Isaac puścił mi oczko, a w mojej głowie aż ktoś wykrzykiwał to jedno słowo "co za frajer z niego", ale to była nie prawda. Ja byłem frajerem, tylko, że nigdy się tym nie przejmowałem i dlatego wszyscy mieli mnie za takiego cudownego. Ludzie są chorzy. 
- Na nikim mi nie zależy, sam dobrze wiesz, że nienawidzę jak oni wygrywają - wysyczałem zaciskając pięści i skupiając swoje spojrzenie na solniczce stojącej na stole. Naprawdę była lepsza nic widok mojego kuzyna. Na nikim mi nie zależy, to mogę sobie wmawiać, w to mogę wierzyć, ale coraz ciężej jest okłamywać samego siebie. 
- Jasne, nie uwierzę Ci w to Jason, możesz wmawiać to sobie, ale widać, że zależy Ci na tej dziewczynie i wiesz co, przyjemnością będzie opiekowanie się nią, zacznę od zaraz - roześmiał się wstał i wyszedł, a ja zostałem niczym tykająca bomba, powinni mi przyczepić karteczkę "bez kija nie podchodź" czy coś w tym rodzaju, bo wystarczyło by jakiś facet spytał się czy podam mu sól, a od razu na niego naskoczyłem. Cieszyłem się i byłem wściekły jednocześnie, o ile takie coś w ogóle jest możliwe. Isaac się nią zajmie, to zdecydowany plus, ale i minus. To jest chore, moje życie jest chore. 

sobota, 31 sierpnia 2013

Memory

                                                                     ***
- Cholera on tutaj idzie! Ja pieprzę, idzie tutaj! Idzie, idzie, idzie! - podejrzewam, że Emily pierwszy raz w życiu tak bardzo czymś się przejęła, a przecież to nie było nic takiego. Po prostu sam Jason Morrow do nas szedł i tak dobrze przeczytaliście ten Jason. Miałam ochotę piszczeć i krzyczeć jednocześnie, o ile to w ogóle było możliwe, tak bardzo chciałam go poznać. Każda dziewczyna w szkole marzyła by zamienić z nim chociaż jedno słowo, a on teraz szedł do mnie i chociaż bardzo chciałam jakoś po sobie dać pokazać jak bardzo mnie to cieszy, to nie mogłam. Z obojętnym wyrazem twarzy spojrzałam na stojącą obok mnie osobę. Super, jak na razie szło mi idealnie.
- Cześć dziewczyny - a więc Jason przemówił, a jego głos sprawiał, że miękły mi kolana i pobudzały się inne części ciała, ale o nich póki co wolę nie wspominać. Emily wypięła dumnie biust do przodu i zaczęła trzepotać rzęsami. Cholera, już na pierwszy rzut oka widać, że ona za nim szaleje. Chyba jak każda dziewczyna w szkole.
- Jason, co Cię tutaj sprowadza? - Em starała się zabrzmieć bardzo ponętnie, a wyszło jak zawsze, po prostu piszczała tak głośno, że ja mimowolnie się zaśmiałam dostając przez to wściekłe spojrzenie przyjaciółki. Ja rzecz jasna wolałam się nie odzywać, jeszcze bym się tylko skompromitowała przed nim.
- Właściwie Kamily chcę spytać się o coś Twojej koleżanki - dodał i wszystko działo się tak szybko. Ja czułam się sparaliżowana, Emily była jeszcze bardziej wściekła, a Jason wydał się rozbawiony tą całą sytuacją. Tak, biedne, małe dziewczynki do których podszedł największy przystojniak w szkole i one zaczynają to przeżywać. Potrząsnęłam głową. I po co mi były te wszystkie kółka teatralne skoro teraz nie potrafię udawać, że się tym wszystkim nie przejmuję?
- Nazywam się Emily, jasne? I nawet nie próbuj do niej podchodzić, my wiemy w co ty pogrywasz! Jak bezczelnie wykorzystujesz te wszystkie biedne dziewczyny wkładając im rękę w majtki! My to wszystko wiemy! Teraz możesz spadać! - moja przyjaciółka wybuchła. Nie chciałam tego, zepsuła całkowicie moją szansę. Jeju, w tym momencie chciałam ją udusić i przysięgam, że byłam bardzo blisko tego gdyby nie jego głos.
- Okej, spoko możesz już iść, a ja z chęcią zajmę się majtkami Twojej koleżanki - zaśmiał się i podszedł do mnie tak blisko, że czułam jego wodę kolońską. Cóż, zapach nie był najładniejszy, ale to był Jason, na nim wszystko ładnie pachniało, on był po prostu najlepszy.
- A więc jak się nazywasz koleżanko Kamily, czy jak tam było tej mojej napalonej fance? - uśmiechnął się do mnie, a mi miękły kolana. Cholera, jak on działał na dziewczyny, ale miałam być twarda. Przecież to jedyna droga, udawać obojętną, trudną do zdobycia po ty by nakręcić go jeszcze bardziej. Faceci są dziwni, chcą zdobywać dziewczyny jakbyśmy były jakimiś zdobyczami, a my przecież też mamy uczucia. Spojrzałam na smutną Emily, to był ten moment w którym powinnam udowodnić moją przyjaźń, zignorować Jasona i podejść do niej oburzona zachowaniem chłopakiem, to był ten moment i to było to co powinnam zrobić, ale napotkałam jego oczy i wszystko się zmieniło. Nikt jeszcze tak na mnie nie patrzył, Jason samym spojrzeniem sprawił, że poczułam się wyjątkowa.
- Mam nadzieję, że nie będę tego żałować, bo jeżeli tak to masz przerąbane - mruknęłam dobitnie uśmiechając się słodko i wyciągnęłam w jego kierunku dłoń dodając - Rosalie, ale wolę Rose.
Zignorowałam nie tę osobę co trzeba, zraniłam Emily, ale aż dostałam gęsiej skórki z powodu jego bliskości.
- Ja chyba nie muszę się przedstawiać, a więc Rose - zbliżył się do mnie, a ja pragnęłam tylko tego by już nie dzieliły nas nawet głupie milimetry. Uśmiechnęłam się słodko i poruszyłam brwiami i wtedy usłyszałam to o czym marzy każda dziewczyna w szkole.
- Wpadnę o ósmej - po czym Jason zniknął. Dłuższą chwilę zajęło mi dojście do siebie, uspokojenie się, ale kiedy w końcu mi się udało i podniosłam głowę do góry od razu sparaliżował mnie strach. Oczy wszystkich zgromadzonych były skupione na mnie, co równało się z plus sto punktów do reputacji. Tak łatwo było żyć w tej szkole.
                 Nie wiem co sobie wyobrażałam, wytrzymanie do godziny ósmej było jednym słowem, niewykonalne. Każda komórka mojego ciała się stresowała i niecierpliwiła jednocześnie, wariowałam z powodu mojego spotkania. Epickiego spotkania, to musiało przejść do historii. Już ludzie plotkowali o mnie. Nawet wychodząc ze szkoły słyszałam teksty w stylu, że już jestem jego laską, albo o tym jaka jestem naiwna. Może oni wszyscy mieli racje, może Jason faktycznie lubił wykorzystywać bezbronne, bez pamięci zakochane w nim dziewczyny, ale ja przecież łudziłam się, że będę tą inną, wyjątkową, która go zmieni.W myślach się zaśmiałam, bo to tak banalnie brzmiało, a jednocześnie to było tak oczywiste, chyba każda dziewczyna w szkole tego chciała. Potrząsnęłam głową, wyrywając się jednocześnie z natłoku tych cudownych myśli i spojrzałam na telefon, który wydawał dźwięki. Spojrzałam na malutki ekran zastanawiając się dlaczego mama każe mi wciąż męczyć się z tym starym gratem i wtedy mnie zatkało, dzwonił Jason, to on dzwonił! Nie potrafię opisać tego jak bardzo w tym momencie byłam zachwycona.
- Rosalie, słucham? - powiedziałam do małego aparatu starając zabrzmieć jak najbardziej ponętnie. Chciałam być dla niego tak bardzo seksowna i pociągająca jak to się tylko da. Nie byłam już małą dziewczynką.
- Impreza studentów może być? - jego głos, a mi miękną kolana. Nie wiem jak wyglądają jego rodzice, ale w jego tworzeniu na pewno musieli maczać palce Bogowie, jest po prostu idealny, nic więcej nie trzeba dodawać.
- Jaka impreza? - moje podekscytowanie wzrosło. Normalnie śmieję się z takich dziewczyn, przejmujących się byle jaką randką, cholera, ale ja z nich się nabijam, a teraz sama jestem taka jak one, z tym małym wyjątkiem, że moje spotkanie miało się odbyć z Jasonem. Chyba umarłam i jestem teraz w niebie.
- Studentów, muszę tam coś załatwić, zgadasz się? - jego głos nawet w moim marnym telefonie brzmiał tak idealnie, perfekcyjnie pozwalając mi na całkowite rozpływanie się.
- Jasne, może być - odpowiedziałam nie myśląc nad tym długo i natychmiast skarciłam siebie za zbędny entuzjazm w moim piskliwym głosem. Jak to go nie odstraszy to będę niesamowitą szczęściarą. Zaczęłam się kołysać czekając na jakąkolwiek odpowiedź, moje uszy desperacko pragnęły znów usłyszeć ten cudowny dźwięk jednak Jason rozłączył się i cały czar prysł. Czy ja zrobiłam coś nie tak? Nie, nie wolno mi tak myśleć. Ale co jeżeli on nie przyjdzie, jeżeli zmarnowałam jedyną okazję moim piskliwym głosem. No po prostu cudownie. Zacisnęłam usta w cienką linię i chodziłam po pomieszczeniu zdenerwowana.
- Rose, słońce za chwilę dziurę w podłodze wydepczesz - i proszę z transu wyciągnął mnie głos mojej mamy. Dlaczego dla  niej wszystko było takie łatwe?
- Więc nie będziesz musiała wtedy krzyczeć z dołu, bo będę dobrze Ciebie słyszeć dzięki tej dziurze - powiedziałam szybko i spojrzałam na rodzicielkę błagalnie, a ta śmiejąc się odeszła. Dobra Rosalie, jeżeli jeszcze wszystkiego nie zepsułaś to dzisiaj udasz się na randkę swoich marzeń. Ty, niewinna, nikomu dotąd nie znana Rosalie Marie Livenge, nie spieprz tego.
                       Czekanie stało się męką, ale w końcu wybiła ósma, a ja stałam przyszykowana tuż przy drzwiach. Moja mama miała ze mnie niesamowity ubaw, bo piski wydobywające się z moich ust kiedy marudziłam, że nie mam się w co ubrać były naprawdę zabawne. Stałam ubrana a ukochane granatowe conversy, obcisłe czarne spodnie i niebieskiej bluzce na ramiączkach i wpatrywałam się w moje odbicie w lustrze za wszelką cenę szukając czegoś co jeszcze mogę poprawić, sprawić bym była idealna. Już robiłam krok w stronę schodów kiedy usłyszałam to upragnione pukanie do drzwi. Boże, on nawet pukał inaczej niż wszyscy. Jeszcze raz spojrzałam na siebie w lustrze, tym razem na twarzy drobnej brunetki widniał szeroki uśmiech, wywołany spotkaniem z wymarzonym chłopakiem. Rzuciłam się do drzwi, nacisnęłam klamkę i od razu zabrakło mi tchu, tlen mi się skończył, umarłam śmiercią cudowną. Jason wyglądał tak elegancko, a zarazem tak swobodnie, jeansy i opięta przez mięśnie niebieska koszula. Nieziemski widok.
- Gotowa Rosie? - znów ten głos i dopiero chwilę później sens jego słów dociera do moich szarych komórek co nie kończy się zbyt dobrze, bo uświadamiam sobie  jak mnie nazwał. Wymyślił mi słodkie zdrobnienie. Czy jest na świecie coś lepszego? Zamrugałam kilkukrotnie wymalowanymi maskarą rzęsami i wpuściłam go do środka. Nie schrzań tego - powtarzałam sobie i próbowałam przybrać obojętny wyraz twarzy, co oczywiście znów było zbyt trudne. Szczerzyłam się jak koń.
- Tak, tylko wezmę torebkę - wyszeptałam, bałam się, że gdybym użyła mojego normalnego głosu zbyt oczywiste byłoby wtedy moje podekscytowanie. Posłałam mojemu gościowi ciepłe spojrzenie i poszłam do kuchni pożegnać się z mamą, wzięłam torebkę i chwilę później opuściłam mój dom, moje bezpieczne gniazdo w towarzystwie chłopaka nie z tej planety.
                       Przed moim domem stało cudowne Bmw e36, bez słowa wsiedliśmy do środka i pojechaliśmy. Przez całą drogę panicznie się bałam, że powiem coś złego, że wyjdę na rozpieszczoną dziewczynkę, że zdradzę jak bardzo mi zależy na tym spotkaniu. Te czynniki wpłynęły na moje milczenie, ale i chłopak milczał i była to niewątpliwie najgorsza cisza w całym moim życiu. Zacisnęłam zęby i czekałam, czekałam aż z jego ust ucieknie jakikolwiek dźwięk, niestety nastąpiło to dopiero kiedy dojechaliśmy na miejsce. Obszedł samochód, otworzył przede mną drzwi, a mi znów zabrakło powietrza.
- Mam nadzieję, że nie przerazi Ciebie moje towarzystwo - puścił mi oczko, a ja czułam jak się przewracam, z trudem złapałam równowagę i wzruszyłam ramionami spoglądając na wielki dom z którego dochodziła muzyka.
- Mam nadzieję, że ja nie przerażę Twojego towarzystwa - tymi słowami zaskoczyłam samą siebie, ale oczywiście pozytywnie. Jason chwycił mnie za rękę i pociągnął do środka. Tłum ludzi skaczących razem w salonie, tłum ludzi pijących w kuchni, tłum ludzi całujących się na korytarzu i kolejki do pokoi. To mnie przeraziło. To zdecydowanie nie były moje klimaty. Od razu Jason podał mi piwo, cóż niestety nigdy wcześniej nie piłam i nie posmakował mi napój, jednak zadurzenie potrafi zrobić cud z człowiekiem i dzielna Rosalie udawała, że jej spakuje. To było tak bardzo trudne, a on ciągał mnie od jednym ludzi do innych, nikomu mnie nie przedstawiał, mi nie mówił kogo spotykałam, czułam się jak pies na smyczy, który wszędzie podąża za swoim właścicielem i tylko czeka na jakieś rozkazy. Było beznadziejnie.
- Muszę na moment gdzieś iść, zaraz wrócę - głos Jasona z trudem przebił się przez głośną muzykę i oto ja zostałam sama w dziczy zbuntowanych studentów. Prawdziwa szkoła przetrwania. W głowie miałam mętlik, bo co teraz mogłam robić, gdzie podejść, czy zacząć tańczyć, czy znów napić się ohydnego piwa. Byłam wściekła na Jasona, nie tego oczekiwałam. Przeciskałam się przez tłum ludzi aż w końcu wydostałam się na zewnątrz. Świeże powietrze, tego potrzebowałam i tym się w danym momencie upajałam. Byłam głupia, głupia myśląc, że mogę dla niego cokolwiek znaczyć, byłam zerem, on był wszystkim. Stał na szczycie łańcucha pokarmowego, mnie zjadali na śniadanie.
- Nie chciałbym być natrętny, ale chyba się nudzisz - usłyszałam nieznany mi dotąd głos i od razu odwróciłam się w kierunku z którego on dochodził. Wysoki brunet, o pięknych niebieskich oczach właśnie się we mnie wpatrywał, a ja czułam jak moje policzki płoną. Ten wzrok był nie do zniesienia, uciekałam, więc moim wszędzie, byle by nie natrafić na jego oczy.
- Cóż skoro nie chcesz być natrętny to dlaczego do mnie podszedłeś? - ton mojego głosu był opanowany, więc jednak jest nadzieja, że te lekcja aktorstwa nie poszły na marne.
- Widzę, że jesteś zadziorna no to już wiem co słynny Jason w Tobie widzi, chociaż teraz nie wydaje się zbytnio Tobą zainteresowany - kim on do cholery jasnej był? Wbiłam w niego swój wzrok patrząc tak jakby mi co najmniej obiad zjadł, a on się wyszczerzył.
- Nie oczekuję, że od razu rzuci dla mnie wszystko - wzruszyłam obojętnie ramionami, a mój rozmówca się roześmiał.
- Nie oczekuj niczego, a nie będziesz rozczarowana, jestem Isaac -  jego imię wyleciało z jego ust, a w moje oczy rzuciła się wystawiona w moim kierunku ręka. Ach tak, więc teraz moja kolej na podanie imienia. Zmrużyłam oczy i zlustrowałam go wzrokiem czując jak miękną mi kolana. Czy ty człowieku jesteś jakimś greckim Bogiem? W myślach już się zaśmiałam, ciałem udawałam obojętną i wzruszyłam ramionami.
- Suzy - skłamałam gładko z trudem powstrzymując się od głośnego śmiechu. Bądź twarda, bądź twarda Rose. 
- Miło mi Ciebie poznać Suzy - odpowiedział pokazując mi rządek swoich cudnych zębów, a ja skupiłam swój wzrok na czubkach własnych butów - nie pasujesz do niego - i bum, te słowa mnie powaliły.
- Stwierdzasz to po dosłownie minucie rozmowy ze mną? Gratuluję - burknęłam bez zastanowienia, a Isaac zaczynał mnie coraz bardziej wkurzać.
- Stwierdzam to po kilkuletniej znajomości Jasona, ale rób co chcesz. Nie mnie Cię oceniać - i w końcu po wypowiedzeniu tych słów odszedł. To tak jakby spełniły się moje marzenia, zostałam sama, a Jason wciąż z kimś rozmawiał. Nasza pierwsza randka nie wypadła mu najlepiej, ale być może uda mu się to nadrobić na następnych. Mam nadzieję, że będzie ich wiele.
                   Po kilkunastu lub kilkudziesięciu minutach mój książę z bajki do mnie podszedł i oczywiście nie rozczarował mnie swoim poczuciem humoru. 
- Miałem masę spraw na głowie, przepraszam już możemy iść się przelizać - puścił mi oczko, a ja spojrzałam na niego z miną jakby sobie ze mnie żartował.
- Chciałbyś - burknęłam.
- Oj nawet nie wiesz jak bardzo - ponownie mrugnął do mnie i objął mnie ramieniem. To było szybkie i nieoczekiwane, od razu moje serce przyśpieszyło, nogi się pode mną ugięły, przyznam, że miałam problemy z oddychaniem. On był niesamowity i przez tą krótką chwilę był cały mój. Upajałam się jego zapachem, tą bliskością, jego oddechem i czułam jakbym odpływała, do mojego własnego raju.
- Jason... - wyszeptałam mu do ucha, a on błyskawicznie uniósł brew patrząc mi w oczy.
- Dlaczego mnie tutaj zaprosiłeś? - dodałam i nastąpiła ta nieznośna chwila oczekiwania. Należałam do bardzo niecierpliwych osób, więc teraz umierałam z ciekawości.
- Bo mi się podobasz, czy to nie jest oczywiste? - zaśmiał się.
- Dla mnie nie, nie jest nawet w najmniejszym stopniu, jestem taka jak setki innych dziewczyn w naszej szkole. Jestem nijaka, nudna Rose dobrze czująca się jedynie w niewielkiej grupie swoich przyjaciół, a ty, no wiesz to ty Jason, ten sławny Jason - wywróciłam oczami i w ułamku sekundy poczułam się jak idiotka. Największa debilka na świecie, bo przez ten cały czas udawałam, że jego popularność mnie nic nie obchodzi, że nie zdaję sobie sprawy jak dużo dziewczyn o nim marzy, a teraz siebie zdemaskowałam. Wprost cudownie. Zamknęłam oczy i znów czekałam na odpowiedź. Boże, tak bardzo było mi wstyd. 
- Rosalie czy ty naprawdę zadałaś to pytanie? - roześmiał się tak głośno, że nawet dziewczyna stojąca kawałek od nas na niego spojrzała - czy masz aż tak niską samoocenę, że twierdzisz iż nie mogłaś mi się spodobać? Wiesz Rose, jesteś niezwykle atrakcyjną dziewczyną i to jest śmieszne, że nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale spokojnie ja to dostrzegam i marzę o Tobie - ostatnie słowo uderzyło mnie niczym piorun. Zamarłam, serce biło tak szybko jak chyba jeszcze nigdy wcześniej, a mózg wrzał od zbyt dużej ilości informacji do przyswojenia. Naprawdę mu się podobałam, twierdził, że jestem atrakcyjna. To chyba ten moment bym mogła zacząć piszczeć. 
- Nie podoba mi się na tej imprezie, chodźmy gdzieś indziej - mruknęłam, bo faktycznie tak było. Nie czułam się tutaj dobrze, a w dodatku ten durny Isaac teraz dosłownie zjadał mnie wzrokiem. Czy są na świecie jeszcze jacyś normalni ludzie?
- Cokolwiek zechcesz, ja i tak nie mam już tutaj nic do roboty - uśmiechnął się i zauważyłam, że jego zęby nie są nawet w najmniejszym stopniu tak ładne i białe jak zęby Isaaca. Stop! Dlaczego ja o nim myślałam, przecież był natrętnym dupkiem,  Jason, Jason mógłby być miłością mojego życia. Mógłby być osobą przy której chciałabym zasypiać i budzić się, jeść z nim śniadania i kolacje, mieć trójkę słodkich dzieci, bo takie geny jak jego to aż trzeba rozmnażać i każdego dnia czuć, że mnie kocha i jest obok mnie. 
                 - Więc naprawdę oglądałaś "Gwiezdne wojny"? Dziewczyny gdzie ty się chowałaś przez moje całe życie? Chodzący ideał, a do tego lubisz mięso - roześmiał się gryząc spory kawałek burgera. Chyba nigdy jeszcze nie bawiłam się tak dobrze jak dzisiaj, Jason był dokładnie taki jakim go sobie wyobrażałam. Początek spotkania był beznadziejny, ale teraz, teraz nadrobił to i było cudownie. Cały czas się śmiałam, uśmiechałam, a do tego jadłam najlepszego burgera w całym naszym małym mieście. 
- Tak i uważam, że Anakin był dużo lepszy od Luk'a, on przynajmniej nie całował się z własną siostrą - powiedziałam uśmiechając się słodko. To zadziwiające jak dużo facetów uwielbia "gwiezdne wojny".
- On wtedy nie wiedział, że to jego siostra! To nie jego wina! Leila była niezłą laską! Sam bym ją pocałował - znów przyjemny dźwięk jakim był jego śmiech dostał się do moich uszu.
- Cóż nawet jeżeli byłaby Twoją siostrą? 
- Gdybym nie wiedział, że nią jest to czemu nie. Była gorąca - uśmiechnął się do mnie, a ja wywróciłam teatralnie oczami wkładając sobie ostatni kawałek burgera do ust. Dopiero teraz żałowałam, że wybrałam sobie jedzenie z sosem czosnkowym, niesamowicie śmierdziało mi z ust. Nici z całowaniem. 
- Dobra, dobra nie wiem czy chcę tego słuchać - mruknęłam pijąc colę.
- Rose zapomniałem Ciebie o coś spytać, a szczerze mówiąc to pytanie mnie nurtuję i zrobię wszystko by się tego dowiedzieć - zmarszczył nos i zaczął się we mnie wpatrywać jakbym była jakimś obiektem w muzeum. Od razu moje policzki zarumieniły się.
- No wal śmiało - wywróciłam oczami starając się wciąż być spokojną i zabawną.
- Ty nie masz chłopaka, prawda? Bo wiesz jeżeli masz to jeszcze dzisiaj go pobiję byś mogła być ze mną - zaśmiał się, ale chwilę później zrobił poważną minę i zaczął mnie dosłownie przeszywać tym swoim spojrzeniem. Okej, jesteś słodki i już mnie nie pesz - powiedziałam do siebie w myślach i zachichotałam.
- Szykuj broń Jason - mrugnęłam do niego i jakby nigdy nic spojrzałam zza okno. Grupa jakiś dzieciaków, podejrzewam, że z podstawówki stała przed budynkiem i śmiała się, chłopcy się popychali, dziewczyny się przytulały, aż miło było patrzeć i to niewiarygodne, że kiedyś też taka byłam. Wszystko wtedy było prostsze.
- Więc jednak masz chłopaka? - drążył ten temat.
- Nie mam, zadowala Cię taka odpowiedź? - przygryzłam swoją dolną wargę napotykając wzrokiem na jego oczy i cudowne usta, które wykrzywiły się w pięknym uśmiechu. Tonę!
- Bardzo, jestem maksymalnie usatysfakcjonowany Rose - roześmiał się, a ja zaraz po nim. Dwójka ludzi, siedzących i śmiejących się razem, to było takie normalne, naturalne, chociaż to był Jason. 
                - No to pa - powiedziałam szybko przypominając sobie o sosie czosnkowym, który niedawno jadłam. To chyba był największy błąd w całym moim życiu. Spędziłam cudownie czas, z niesamowitą osobą i na zakończenie nasze usta, aż pragnęły siebie, a ja musiałam się powstrzymywać zamiast oddać się tej przyjemności. Chyba już nigdy więcej nie ruszę czosnku, a jeżeli Bóg da mi kolejną okazję do całowania Jasona to zrobię wszystko by mieć wtedy idealny oddech.
- Wiesz chyba powinniśmy się jeszcze pocałować - Jason roześmiał się i niebezpiecznie blisko się do mnie zbliżył.
- Nie za dużo jak na nasza pierwszą randkę? - byłam w stanie powiedzieć wszystko by nie przeraził się odorem czosnka z moich ust. Uśmiechnęłam się słodko i w mgnieniu oka zniknęłam mu, totalnie rozmarzona. Podsumowując to wszystko co się wydarzyło, było cudownie, niesamowicie. Było najlepiej. Oczywiście początek nie był idealny, stałam sama zagadywana przez jakiegoś idiotę, ale potem. Kiedy zostaliśmy sami było nieziemsko, chyba nigdy już tego nie zapomnę. Pierwszy raz w życiu przeżyłam coś takiego. Cholera, chyba wpadłam w to już całkowicie. Nawet moja mama patrzy teraz na mnie jak na jakąś wariatkę, a ja przecież nic takiego nie zrobiłam. Po prostu się zauroczyłam najwspanialszym chłopakiem na świecie. On będzie mój, ja zrobię wszystko by dzisiejszy wieczór nie poszedł na marne, zdobędę go i będziemy żyć razem długo i szczęśliwie, a Emily, ona mi wybaczy, musi jesteśmy w końcu najlepszymi przyjaciółkami i chociaż tak bardzo chciałabym mieć jakiekolwiek, choćby najmniejsze wyrzuty sumienia to nie mogę. Wiem, że ją zraniłam, że to mi spełniło się jej marzenie, ale nic nie poradzę na to jak bardzo zaczynam za nim szaleć. Miałam być obojętna, miałam się nie przejmować, kurczę na facetów naprawdę chyba działa to jak dziewczyna zgrywa trudną do zdobycia. Tak dużo informacji do przyswojenia, bo to wciąż do mnie nie dociera. Ja i on, możliwe, że niedługo my. Znów chcę skakać i piszczeć, ale teraz mogę to robić, mogę pokazać całemu światu jak szczęśliwa jestem. 

poniedziałek, 6 maja 2013

Unexpected things

II. Łap się każdego koła ratunkowego, ono może Ci pomóc, naprawdę może Ciebie uratować.

                                                                       
                                                                              ***
                 - Dlaczego on tak mnie się przyczepił? Cholera, ja przecież nic mu nie zrobiłam - w końcu wydusiłam to z siebie, to całe marne podsumowanie obecnej sytuacji, mój nauczyciel się na mnie uwziął, co lekcje brał mnie do tablicy, a ja cały czas byłam nieprzygotowana, ale jak tu się uczyć jak ma się takiego chłopaka?
- Maleńka, gdybyś się ze mną nie włóczyła i zaczęła się uczyć to zapewniam Ciebie, że dałby Ci spokój - mój ukochany zaśmiał się i przyciągnął mnie bliżej siebie by powoli gładzić kciukiem mój policzek. Patrzył prosto w moje oczy, a ja tonęłam, czy to normalne, że coś było aż tak niebieskie? Może i on miał racje, ale tak ciężko było mi się z nim rozstać na kilka godzin, a co dopiero na dłuższy czas bym mogła się uczyć. Łańcuch pokarmowy znajdował się w mojej głowie w szufladzie z mało ważnymi rzeczami. 
- Więc co? Chcesz spokóju? - poruszyłam brwiami robiąc jednocześnie podejrzaną minę. Jak ja kochałam się z nim droczyć.
- Chcę żebyś nie zawalała nauki, a na pewno nie przeze mnie, dobra? Spróbuj, ja porozmawiam z Twoim nauczycielem - na dźwięk ostatniego słowa wzdrygnęłam się. Od kiedy to chłopak załatwia rzeczy za swoją dziewczynę? Ej, byłam przecież już dużą dziewczynką, potrafiłam podejść i spytać się o to i owo. 
- Dobrze, dobrze, mamo - zachichotałam i odsunęłam się od niego by zobaczył moją minę, którą cóż, w kilku słowach nie zdołałabym opisać.
- Rose, nie żartuj - uśmiechnął się szeroko dając mi tym samym możliwość podziwiania jego śnieżnobiałych zębów, chłopak zaśmiał się cicho i po chwili kontynuował - widzisz, znam Tego całego Petera dość dobrze, wiesz przecież, że jest moim sąsiadem, wisi mi przysługę, więc z nim porozmawiam, bo najbardziej na świecie pragnę byś dobrze się uczyła i zdobyła dyplom z wyróżnieniem, bo szczerze Rose chyba każdy lubi seksowne kujonki, które dla niego zamieniają się w niegrzeczne dziewczynki? - znów się śmiał, a ja zrobiłam naburmuszoną minę i z całej siły uderzyłam go pięścią w ramię, nawet nie drgnął. Mogłam sama o siebie zadbać, sama porozmawiać z nauczycielem, ale wiedziałam, że jak mój chłopak coś mówi to pomimo tego, że mu zabronię to i tak to zrobi, więc moje sprzeciwianie się w tym momencie nie miało większego sensu.  
- Naprawdę? Seksowne kujonki i Twoje największe pragnienie to mój dyplom? Znalazłeś sobie marzenia - wywróciłam oczami i zmierzyłam go wzrokiem cicho się śmiejąc. Nie wyglądał na typ, który się przejmuje ocenami swojej partnerki, właściwie to jego nie mogłam zakwalifikować to żadnego typu mężczyzny, był wyjątkowy, oryginalny i mój. 
- Chyba każdy chce mieć inteligentną kobietę? Cóż, mam inne największe marzenie, ale nie mogę Ci go zdradzić, bo wiesz wtedy się nie spełni, ale zapewniam Ciebie, że każda myśl w mojej głowie i każde marzenie jest związane z Tobą, cholera Rose przez to wszystko czuję się jakbyś pozbawiała mnie męskości, wiesz ja i takie gadki? To się ze sobą kłóci - on pokręcił z niedowierzaniem głową i zaśmiał się odpalając papierosa, a ja wpatrywałam się jak się zaciąga i po chwili wypuszcza dym. Nawet kiedy palił i niszczył swoje płuca, to wyglądał niesamowicie.
- Chyba każda chce słodkiego ciamajdę? - użyłam jego broni cicho się śmiejąc, a moja miłość zdębiała by po chwili przyciągnąć mnie do siebie i zamknąć w niedźwiedzim uścisku tak, że prawie traciłam możliwość oddychania. 
- Chyba żadna ciamajda nie potrafi tak szybko przyciągnąć do siebie dziewczyny - powiedział jak zwykle z wysoko uniesioną głową, a ja szybko pokiwałam przecząco i już chwilę później nasze usta były złączone w namiętnym pocałunku.

                                                                             ****

                         Wdech i wydech i znów to samo, wdech i wydech, nawet dzieci to potrafią. Właściwie rodzimy się posiadając tą umiejętność, to takie łatwe, naturalne, a ostatnio tak często zdarza mi się o tym zapominać. Chyba powinnam sobie to gdzieś zapisać, nie mogę tego całkowicie wyrzucić z głowy, nie mogę tego zrobić dla mamy. Nie byłaby zadowolona gdyby okazało się, że jej jedyna córka, jedyna rodzina nie oddycha. To by ją zniszczyło. Głęboki wdech i znów wypuszczam powietrze z głośnym świstem. 
- Proszę, Rosalie wypij to - pan Glors podał mi fioletowy kubek z namalowanymi na nim kółkami, niepewnie po niego sięgnęłam, był gorący. Aż zapiekły mnie ręce, ale to nie było nieprzyjemne. Byłam pewnego rodzaju masochistką, bo myśli o nim sprawiały mi ból, tak wielki, że każda komórka mojego ciała wręcz błagała bym przestała, ale to było silniejsze. Nie mogłam spełnić ich żądania. Nawet nie wyobrażałam sobie tego jakby to było ruszyć dalej, znów rozmawiać z ludźmi, tymi ludźmi z którymi on rozmawiał, jakby to było zakochać się, by ktoś całował mnie w usta, w twe same co on całował, by ktoś mnie przytulał, by był cały czas blisko mnie, tak samo jak on. To było dla mnie zbyt odległe, łudziłam się, że w dalekiej rzeczywistości uda mi się naprawdę zacząć żyć normalnie. Nie udawać, ale naprawdę funkcjonować. Od dziecka miałam ambitne plany by skończyć studia, znaleźć dobrą pracę i mieć dużą rodzinę, a wraz z jego odejściem to wszystko zginęło. Wdech i wydech, wdech i wydech i próbuję napić się gorącego napoju, nawet nie obchodzi mnie co to jest. Spróbowałam tego i automatycznie poparzyłam sobie język, kto normalny daje niezrównoważonej nastolatce wrzątek? Czy mój nauczyciel potrafi używać mózgu? Westchnęłam rozglądając się dookoła. Znajdowałam się teraz w mieszkaniu pana Glorsa, ponieważ on tak bardzo chciał mi pomóc. Byłam w tym samym budynku w którym kiedyś byłam z nim. Wdech, wydech, wdech, wydech nie myśl o nim. Potrząsnęłam głową i zmusiłam siebie do minimalnego uśmiechu w kierunku mężczyzny.
- Rose i jak się czujesz? - zapytał z wręcz namacalną troską w głosie. Witamy w klubie martwienia się o Rose, która jest jak tykająca bomba, musimy czekać aż wybuchnie. Podciągnęłam nosem, przez moje całe płakanie miałam katar, a z racji tego, że pozwalałam uciekać łzą dość często to od jakiegoś czasu miałam problemy z zatokami. Wzruszyłam ramionami w odpowiedzi na pytanie mojego nauczyciela i ponownie głośno westchnęłam. Chciałam go zobaczyć, chociaż przez chwilę i wygarnąć mu wszystko, powiedzieć jak się teraz czuje, ile to wszystko mnie kosztuje, sprawdzić jak on sobie radzi. Miałam taką wielką nadzieję, że jednak kłamał, że mnie wciąż kochał. Bezsensownie się łudziłam, ale taka byłam, raniłam samą siebie. 
- Rosalie czy możesz mi odpowiedzieć na pytanie, a nie tylko wzruszyć ramionami? To nic konkretnego mi nie mówi - pan Glors kontynuował. Mogłam się tego spodziewać, przesłuchania, chciał wyciągnąć ze mnie jak najwięcej, wiedziałam to przychodząc tutaj i wciąż miałam takie samo nastawienie jak wcześniej. Wytrzymam tutaj, trochę skłamię, a następnie wrócę do domu ze świadomością, że właśnie ten mężczyzna nie będzie mnie już męczył.
- Nie rozumiem co tutaj jeszcze mówić, widział Pan, że płakałam, już nie płaczę co chyba oznacza, że czuję się dużo lepiej - mój ton głosu był obojętny, starałam się brzmieć normalnie, bo to zwiększało moje szanse na szybszy powrót do domu. 
- Proszę nie nazywaj mnie Panem, tutaj nie chcę być Twoim nauczycielem, ale osobą, która chce Ci pomóc, dobrze? Mów mi Peter - te słowa mnie zaskoczyły. Nie chciałam mówić do niego po imieniu, był pedagogiem w mojej szkole, uczył mnie, to wszystko było dziwne. Chociaż w tym momencie jak i z pewnością w całej reszcie mojego życia, było mi wszystko obojętne. Pokiwałam potwierdzająco głową i upiłam kilka łyków herbaty, która z parzącej stała się przyjemnie ciepła. 
- Wiem, że to ma związek z Twoim kolegom, on miał Morrow na nazwisko, prawda? Nie uczyłem go, ale mieszkał tutaj i widziałem Was parę razy jak byliście razem - przełknęłam głośno ślinę gdy do mojego mózgu dotarło to co on właśnie powiedział. Zaczęłam się zastanawiać czy wstać i po prostu stamtąd wybiec, czy przeprosić i pod pretekstem, że moja mama na mnie czeka wyjść. Pierwsza opcja była bezpieczniejsza, ale druga grzeczniejsza, niestety nie wybrałam żadnej i cały czas milczałam.
- Rozstanie z chłopakiem musi być bolesne dla dziewczyny w Twoim wieku, ale to już jest coś gorszego niż ból po zerwaniu. Rosalie zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni i rujnujesz swoje życie, nie możesz tego robić, musisz się opamiętać zanim będzie za późno - nic do mnie nie przemawiało. Ciekawa byłam jakby on zachował się na moim miejscu, czy też ruszyłby dalej. Byłam zdenerwowana, nienawidziłam jak ktoś się o mnie troszczył.
- Już jest za późno, więc proszę się nawet nie wysilać - odpowiedziałam szybko i schowałam twarz w dłoniach jednocześnie podciągając pod siebie kolana. 
- Na nic nie jest za późno Rosalie! Weź się w końcu w garść! - on wciąż nalegał. Zaczęłam rozpływać się na myśl o zakończeniu tej dennej wizyty, o wyjściu z jego mieszkania, powrocie do mojego domu i następnych lekcjach biologi w spokoju. Wciąż powtarzałam sobie to, że zobaczy, że nic się nie na zrobić i w końcu odpuści.
- Nie mam po co - odpowiedziałam spokojnie ponownie zaciągając się powietrzem, wypełniłam moje płuca tak niezbędnym tlenem. 
- Dla Twoich bliskich! - brnął w to dalej i po co? To nic mu nie da, tylko dlaczego on tego nie rozumiał? Dlaczego niektórzy byli tak cholernie skomplikowani i nie mogli zrozumieć, że chcę mieć spokój. Potrząsnęłam głową, to było po prostu niewiarygodne. Wychodziłam z założenia, że nikt się nie troszczy o obce mu osoby, w końcu czemu Panu Glors miałoby na mnie zależeć.
- Nie mam bliskich - odpowiedziałam tak gładko jakby ktoś się mnie zapytał co chcę do picia. Przecież to było nic takiego, On odszedł, On wszystkich zabrał, zostałam sama, musiałam się przyzwyczaić i teraz to było rzeczą naturalną.
- Masz mnie! - krzyknął tak głośno, że aż się wzdrygnęłam. Czemu on na mnie krzyczał? Ja po prostu chciałam żyć karmiąc się wspomnieniami, to nie było nic takiego. Jakbym nie mogła zostać sama. Boże, jeżeli to słyszysz to pozwól mi być samej, chcę mieć w końcu spokój, by łaknąć cofnięcia czasu jeszcze bardziej, by cierpieć jeszcze mocniej, by myśleć o nim jeszcze częściej, tak, taka chciałam być. Nie chciałam o nim zapomnieć, nie potrafiłam chociaż nawet się nie starałam, był dla mnie wszystkim, wciąż.
- Proszę mi dać spokój - powiedziałam i zbierając w sobie resztę sił, wstałam robiąc krok w kierunku wyjścia, jednak Peter musiał mnie zatrzymać. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie chwytając dłońmi moją twarz. Wewnętrznie zaczęłam krzyczeć, zewnętrznie stałam niewzruszona. Powinnam się bać, a myślałam tylko o tym, że On trzymał mnie tak samo, tak samo przyciągał kiedy od niego chciałam odejść. Zachowanie mojego nauczyciela było niedorzeczne, ale co ja mogłam zrobić. Byłam w jego mieszkaniu, tutaj i tak nikt by nic nie usłyszał, pozostała mi nadzieja, że nic mi nie zrobi, a jednocześnie pragnęłam by jednak coś się stało, bym mogła cokolwiek poczuć, bym na chwilę zapomniała o nim i myślała o sobie. By moje życie skupiło się na czymś innym. Zamknęłam oczy i zacisnęłam mocno wargi czekając na najgorsze. 
- Masz mnie Rosalie i wiem, że dla Ciebie to nic nie znaczy, ale odkąd Ciebie zobaczyłem, odkąd weszłaś do mojej klasy, oszalałem na Twoim punkcie! Nie potrafię nad sobą zapanować, umieram widząc Ciebie w takim stanie, dlatego proszę nie rób mi tego, oszczędź moje biedne serce! - zamarłam. Wszystko w ułamku sekundy się zmieniło. Mój nauczyciel nie mógł niczego do mnie czuć, tylko on był mnie kochać, a nie jakiś inny mężczyzna. Nie chciałam być kochana przez niego, on był moim nauczycielem. Nie mógł, to było niewłaściwe, zabronione, więc czemu tak się stało? Ja przecież tego nie chciałam, nie podrywałam go, właściwie to unikałam jak ognia, nigdy nie zwracałam na niego większej uwagi. Nie, to nie mogła być prawda, tego było już za dużo, ja chciałam już odpocząć, niech mi w końcu wszyscy dadzą spokój. 
- Nie, proszę mnie puścić, chcę stąd wyjść - warknęłam i wyrwałam się mu biegnąć w kierunku wyjścia. Pan Glors nie mógł być żadnym gwałcicielem czy niebezpieczeństwem dla mojego ciała, bo drzwi były otwarte. On był trucizną dla mojej duszy, ponieważ jeszcze bardziej wariowałam. Jak ja miałam teraz chodzić na jego lekcje? Nienawidzę tego, nienawidzę wszystkiego.
                        Wybiegłam z budynku zalana łzami,  zastanawiałam się, na co liczyłam przychodząc tutaj, cóż na pewno nie na takie wyznanie. Co on sobie wyobrażał, to nie mogło być prawdą, tego było za dużo. Pieprzyć wszystko, nie mogę tak dalej żyć. Nie potrafię tego dalej ciągnąć, kocham moją mamę, jest wszystkim dla mnie, ale nie uratuje mnie, już za późno. Zaczęłam biec, biec przed siebie, po prostu by gdziekolwiek uciec i tak jak wcześniej zawsze męczyłam się na lekcji wychowania fizycznego po kilku minutach to teraz biegłam nie czując żadnego myślenia. Wszelkie uczucia związane z moim ciałem zostały wyłączone, byłam niczym robot, zaprogramowana na funkcjonowanie, ale coś pękło, tego było za dużo. Chciałam w końcu z tym skończyć, skończyć z moją ciemniejszą stroną, ze stroną, która wciąż pamiętała o nim. Biegłam już zalana łzami, przez to obraz zaczął mi się rozmazywać, już nawet nie patrzyłam przed siebie, po prostu ruszałam nogami czekając aż coś się zdarzy. To było takie dramatyczne, oczekiwanie na cud, ale nie mogłam inaczej. Nagle straciłam grunt pod nogami, moje nogi zamieniły się w watę i przewróciłam się, uderzając łokciami i kolanami o zimny asfalt. Zapiekło, czułam rozchodzący się ból po moim ciele i uśmiechałam się. W końcu coś poczułam, coś innego niż tęsknota i żal. Nawet nie śniło mi się wstawać, leżałam tak i mogłabym nawet tak zasnąć, na środku drogi, ale jak zwykle jakiś osobnik tej marnej rasy nie mógł dać mi spokoju.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam czyiś piskliwy głos, w obawie, że to moja mama szybko wytarłam łzy z oczu i podniosłam się łapiąc szybko oddech. Zmrużyłam oczy by dostrzec kto do mnie podszedł. Filigranowa blondynka na wózku inwalidzkim podjechała specjalnie do mnie. Poczułam ukłucie w żołądku, ona to dopiero miała źle. Pokiwałam potwierdzająco głową i wstałam otrzepując swoje kolana, przez materiał spodni zaczęły przenikać krople krwi. Cholera, rozwaliłam sobie kolana. 
- Spodnie do wyrzucenia - zaśmiała się blondynka, a ja zdezorientowana ponownie pokiwałam potwierdzająco głową.
- Pamiętasz mnie? - te słowa mnie zaskoczyły. Czemu nie mogła mi dać spokoju, już jej nienawidziłam, jak wszystkiego z resztą. Przyjrzałam się jej uważnie i pokiwałam przecząco głową.
- Jestem Jenifer, byłam z Jasonem zanim zaczął się spotykać z Tobą, z resztą to przez niego siedzę na tym czymś, ale nie winię go, mam żal tylko do siebie, że dałam się mu omotać, że byłam taką idiotką by w to wszystko uwierzyć, cóż musiałam się przejechać na własnych błędach - mówiła dalej, a ja skupiłam się na tylko jednym słowie, konkretnie imieniu. Jason, Jason, Jason, Jason, tak dawno tego nie słyszałam. Ona była z nim, ona przez niego jest na wózku, o tym nie miałam pojęcia, ale w jednym się z nią zgadzałam, bo ja również dałam się mu omotać.
- Co on zrobił, że siedzisz na wózku? - powiedziałam za nim pomyślałam, ale ona nie była zła, uśmiechnęła się lekko i wzięła głęboki oddech. 
- Wszystkim zajęli się jego koledzy, a on stał i patrzył jak oni wszyscy po kolei mnie... - przerwała i przełknęła głośno ślinę by po chwili kontynuować - przegrałam zakład, a on się bawił widząc jak cierpiałam, potraktował mnie jak szmatę, ale to nie wszystko. Po tym wszystkim odwoził mnie do domu, byłam nieprzytomna, a on miał wypadek. Uciekł od razu nie dzwoniąc po pomoc, a ja siedziałam tam ze zmiażdżonymi nogami - skończyła, a ja znów czułam jak wszystko się wali. Jak on mógł coś takiego zrobić, tak ją potraktować. Nie potrafiłam sobie wyobrazić tego co ona czuje. Wdech, wydech, wdech, wydech musiałam znów sobie to przypomnieć. Wszystkiego znów miałam dość, a przed chwilą było lepiej, przed chwilą czułam coś innego.
- Wiem, że Ciebie też sprowadził na dno i szczerze mówiąc to zabawne widząc jak upadasz i cierpisz przez niego, bo przypominam sobie jaka byłam głupia, miałam to samo. Straciłam czucie w nogach, a on następnego dnia był już z Tobą, życzyłam Ci najgorszego i przepraszam teraz za to... Nie życzyłabym już nigdy nikomu takiego bólu, był cudowny, prawda? A potem, nagle wszystko się wali? Też tak miałaś? W każdym razie był u mnie wczoraj, śmiał przyjść i spytać się jak się czuję, jest w mieście od tygodnia, a nikt o tym jeszcze nie wie - zaśmiała się cicho. Po co! Dlaczego, ona mi to wszystko mówiła, błagam, niech skończy! Czułam jak ból przenika przez całe moje ciało, pozbawia mnie najmniejszej cząstki szczęścia, sprawia, że znów upadam na samo dno.
- Dlaczego mi to mówisz! - krzyknęłam zaciskając mocno pięści i próbując za wszelką cenę się nie rozpłakać, nie mogłam przy niej. 
- Bo chcę? Cholera, myślisz, że ból po rozstaniu jest straszny? Poczekaj, aż będziesz go widywać z kimś innym, jak będziesz widzieć jak jest kurwa szczęśliwy, a ty cierpisz? Dopiero będziesz wiedziała co to piekło, ja dopiero z niego wróciłam i chcę Ci pomóc - byłam w szoku, nie potrafiłam się uspokoić, trzęsłam się i łzy mimowolnie spływały po moich policzkach. Ona miała racje, nie zniosę jego widoku, nie zniosę tego, że będzie z kimś. Po tym wszystkim, czy on musiał wrócić?
- Dlaczego chcesz mi pomóc? - jęknęłam ponownie opadając na ziemię, nie miałam już sił, nie chciałam już żyć.
- Bo chcę by ten skurwiel tego pożałował, by nie miał satysfakcji z zepchnięcia Ciebie na samo dno, kurwa, po prostu chcę Ci pomóc więc chwytaj się tej liny, bo szybko mogę zmienić zdanie! 

środa, 1 maja 2013

Dark shades

I. Nie zapominaj o uśmiechaniu się i ciągłym zapewnianiu, że wszystko gra. Pamiętaj o oddychaniu i postaraj się o NIM nie myśleć, nie wmawiaj sobie, że jest to niemożliwe.

            Zamknąć oczy i zasnąć, potem otworzyć oczy i próbować normalnie funkcjonować, jeść, pić i nie zapominać o oddychaniu. Jak to się robiło? Wdech, wydech? Chyba tak, więc jednak wciąż pamiętam. Żyć, musiałam żyć i zachowywać się normalnie, cóż po tak długim czasie szło mi to całkiem nieźle, ba potrafiłam czasem nawet się uśmiechnąć i udać, że jakiś durny żart mnie rozbawił. Wystarczyło się śmiać i kiwać potwierdzająco głową w odpowiedzi na wszystko co jakiś inny osobnik tej marnej rasy nam mówił, tak łatwo było być normalnym człowiekiem. Nikt się nie przejmował tym jak naprawdę się czuję, bo stwarzałam pozory. Przywykłam do tego i teraz nic innego się nie liczyło. Łatwo było być człowiekiem, łatwo oddychać, wmawiać, że wszystko gra. Nikt się o nic nie pyta i uwielbiam to, to, że mogę być sama. Teraz leżąc w łóżku znów zalewam się strumieniem łez, a przecież nic takiego się nie stało. Dzień minął  mi dobrze, parę wymuszonych uśmiechów, odpowiedzi w stylu "u mnie wszystko w porządku, a u Ciebie", zjedzenie rogalika i niedobrych ostryg, bo to akurat podawali w stołówce, powrót do domu, bezsensowne próby uczenia się czegokolwiek, a potem położenie się na wygodnym materacu i znów ten ryk. Tak wyraźnie go słyszałam, to ja go wydawałam, niby całkowicie bez powodu. Powinnam się uspokoić, powinnam zrobić tak wiele różnych rzeczy, a nie potrafiłam się pozbierać, znajdowałam się w bagnie. Utknęłam w jakimś gównie, klatce do której nikt nie miał klucza. On, to on sprowadził mnie na samo dno, przez niego upadłam, a kiedy potraktował mnie jak najgorszą szmatę, cierpiałam. Leżałam na tym durnym drewnianym łóżku i znów o nim myślałam, a on miał to wszystko w dupie. Chyba nigdy mi nie przejdzie. Chyba nigdy się nie pozbieram. Byłam taka krucha, delikatna, cholernie wrażliwa, a pomimo tego, że on o tym wszystkim wiedział to nie zlitował się i zranił mnie. Potrząsnęłam głową starając się wyrzucić to gówno z mojej głowy, on był największym gównem jakie kiedykolwiek spotkałam. A było tak pięknie. 
        Kolejny dzień, kolejny pieprzony poranek i nie mogę przestać o nim myśleć. Jest jak narkotyk, kiedy go zażywasz zaczynasz jesteś szczęśliwy, odrywasz się od rzeczywistości, gdy go nie masz cierpisz, wariujesz i przede wszystkim nie potrafisz o nim nie myśleć. Cholera, to jest zbyt trudne. 
- Jak się spało Rose? - przez natłok niepotrzebnych myśli przebił się głos mojej mamy, osoby, która była najwspanialsza na całym świecie. Gdyby nie ona, to już dawno zażyłabym jakieś tabletki, popiłabym je tanią wódką i zapadła w wieczny sen. Nie miałam odwagi się ciąć lub skakać, ponieważ uważałam to za zbyt bolesne, wystarczająco cierpiałam, nie potrzebowałam większego bólu, więc pomimo tego, że sądząc po moim psychicznym stanie każdy powiedziałby, że to robię, to ja jednak nigdy nie dotknęłam żyletki. Nie mogłam ze sobą skończyć, bo moja mama miała tylko mnie, nie mogłam jej zostawić tak jak opuścił ją mój tata. On znalazł sobie inną i odszedł, nigdy nawet mnie nie poznał, mama nie powiedziała mu o ciąży, nie chciała go zatrzymywać z tego powodu, wolała być sama niż słuchać jego pretensji o tym jak to zniszczyła mu życie. Byłam wściekła na nią za to, bo przecież mogłoby się okazać, że pokochałby mnie najmocniej na świecie, że czciłby każdy dzień z moją mamą za to, że dała mu mnie, a ona nawet nie chciała spróbować.
- Dobrze - mruknęłam cicho i zaczęłam jedną z wielu prób zjedzenia płatków z mlekiem, które jeszcze chwilę temu podała mi mama. 
- Niedługo Twoje urodziny, może chciałabyś zrobić jakąś imprezę? - to pytanie, które padło z ust jedynej bliskiej mi osoby, było dziwne. Nawet gdybym zrobiła imprezę i tak nikt by nie przyszedł, spaliłam za sobą wszystkie mosty kiedy On mnie zostawił. Odcięłam się od znajomych, zostałam typem samotnika i nie przeszkadzało mi to.
- Nie, nie chcę - odpowiedziałam gładko próbując pozbyć się dławiącej, wielkiej guli w moim gardle. Moje ciało zareagowało na to, że moja mama nie miała pojęcia jak bardzo samotna jestem. Wmawiałam jej, że wychodzę do koleżanek, że mam masę znajomych i co chwilę ktoś mnie zaprasza na imprezy, a zamiast tego chodziłam do parku i myślałam o nim. Siedziałam tam na jednej z tych brzydko pomalowanych ławek, niektórzy ludzie byli nienormalni, nawet na ławce w tym durnym parku, gdzie chodzą małe dzieci potrafili narysować męskie narządy płciowe i jeszcze się podpisać. 
- Dlaczego? Przecież tak często chodzisz do ludzi, pora się odwdzięczyć! - mama wciąż drążyła temat. Czy ona ma jakiś wyłącznik? Coś co po kliknięciu usunie to całe zamartwianie się o mnie i próbowanie za wszelką cenę mnie uszczęśliwić? Przydałoby się takie coś. 
- Po prostu nie chcę, możemy o tym nie rozmawiać? Zaraz spóźnię się do szkoły - mruknęłam szybko i wstałam od stołu odkładając prawie pełną miskę do zlewu. Może dzisiaj uda mi się nie zjeść śniadania. Bez zbędnych słów wyszłam z kuchni udając się do mojego pokoju, skąd po wzięciu plecaka z ciężkimi książkami również wyszłam. 
              Nienawidzę szkoły, nienawidzę tych wszystkich ludzi, którzy go znają, a zna go prawie każdy. Wszyscy widzieli jaka byłam z nim szczęśliwa, jak bardzo go kochałam i teraz każdy wie, że to nic dla niego nie znaczyło. Wyrazom współczucia mówiłam nie i w ten sposób by chociaż nie mówić o nim przestałam rozmawiać z kimkolwiek. Lekcje ciągnęły się niewiarygodnie długo, chyba jeszcze nigdy biologia nie była tak nieciekawa. Powinnam się starać, poprawiać oceny. Wcześniej kiedy on był, kiedy tak sprytnie mnie okłamywał to nie miałam czasu się uczyć, cały czas z nim wszędzie jeździłam, a nawet kiedy znalazłam chwilę czasu to byłam pochłonięta rysowaniem serduszek z jego imieniem w środku. Teraz po prostu mi się nie chciało uczyć, nawet kiedy próbowałam, tak bardzo się starałam, nic nie zostawało w mojej głowie, bo po prostu mi się nie chciało, było tam za mało miejsca, cały obszar zajmowały myśli o nim. 
- No dobrze, swój referat na temat potrzeby insektów w przyrodzie przeczyta nam Rosalie. Panno Livenge zapraszamy na środek - słysząc swoje imię niechętnie uniosłam głowę, a zdając sobie sprawę o co mnie poproszono oraz, że nie jestem przygotowana do tej beznadziejnej lekcji wstałam i wzięłam głęboki oddech. Wdech, wydech i jeszcze raz wdech, wydech.
- Nie przygotowałam się - odpowiedziałam spokojnie nauczycielowi. Boże, jak ja nie lubiłam tego profesora. Dosłownie dział mi na nerwy, byłam w stanie zabić kogoś by go zwolnili. Nie dość, że znał jego, to jeszcze uwziął się na mnie i coraz częściej kazał mi zostawać po lekcjach gdzie jakby nigdy nic uśmiechał się i żartował. Miał dwadzieścia sześć lat, był kawalerem z trzema psami, wiedziałam o nim tak dużo, bo chyba każda rozwydrzona nastolatka w tej szkole się w nim kochała i próbowała się wszystkiego dowiedzieć. Jak ja nienawidziłam tych dziewczyn, w końcu każda mi go zazdrościła, chyba każda go chciała.
- Przykro mi Rose, ale muszę postawić Ci jedynkę, siadaj - to ostatnie słowo, takie upragnione sprawiło, że moje pośladki ponownie spotkały się z niewygodnym, drewnianym krzesłem. Dlaczego tutaj wszystko było takie niewygodne? Nienawidziłam tych szkolnych krzeseł, na takich siedział kiedyś on. Skupiłam swój wzrok na moim poszarpanym zeszycie, który po części był moim pamiętnikiem. Zapisywałam tam dosłownie wszystko, nosiłam go wszędzie ze sobą i dlatego teraz był w tak opłakanym stanie. Ignorując totalnie czytającą swój referat Alison wyciągnęłam długopis i znów zaczęłam pisać:
Zamykam oczy, znów jego widzę i to nie wtedy kiedy tak chamsko łamał moje serce, ale wtedy gdy mnie całował, gdy przytulał i mówił, że jestem dla niego wszystkim. Potem otwieram oczy, wracam do rzeczywistości w której go nie ma i cierpię, cholernie znów cierpię. Moje serce krwawi. A przysięgałam mojej byłej przyjaciółce, że nigdy nie załamię się z powodu faceta. Pamiętam jak byłam normalna, zanim go spotkałam, jak miałam dużo przyjaciół i każdy mówił mi cześć, jak chłopcy zapraszali mnie na randki, a mama marudziła, że powinnam w końcu na jednego się zdecydować. Pamiętam doskonale jak miałam kontrolę nad swoim życiem. Zjawił się On, pokochałam Go, wkroczył ze swoimi brudnymi butami w moje życie i zniszczył mnie, stałam się niczym. Proszę niech ktoś mi powie jak stąd wyjść? Jak zapomnieć. Kiedyś mi się to uda, musi się udać. Pogodzę się z tym, że zostałam sama, zakocham się w kimś innym, znów będę się odzywać do ludzi i będę normalna. Uroczyście Wam to przyrzekam. 
- Rose, mogłabyś na chwilę zostać? - odłożyłam zeszyt słysząc te słowa i rozejrzałam się po klasie, ludzie zaczęli wychodzić co oznaczało, że była już przerwa. Pisałam i nawet nie usłyszałam dzwonka. Niechętnie wstałam i podeszłam do mężczyzny. Nie musiałam nic mówić, wiedziałam, że sam zaraz zacznie.
- Twoje oceny są bardzo słabe, boję się, że jeżeli teraz nic nie zaczniesz robić będziesz musiała powtarzać tą klasę. Znam Ciebie Rose, wiem o Tobie sporo, wiem, że taka nie byłaś kiedyś. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem Twoim nauczycielem i to nie stosowne, ale chciałbym Ci jakoś pomóc, chciałbym z Tobą porozmawiać, chcę dowiedzieć się co się stało, bo jako pedagog się o Ciebie martwię, nie zmarnuj sobie życia Rose - słuchałam tych wszystkich słów, brzmiały tak banalnie. Jakbym mogła mu o wszystkim powiedzieć. Samo to jak podkreślał, że jest pedagogiem trochę mnie zaniepokoiło, chociaż w sumie było mi wszystko jedno. Jeżeli chciał mi pomóc, nie mogłam mu zabronić. Niech się przekona, że to nic mu nie da, niech zrobi co chce i da mi w końcu spokój.
- Wątpię czy się Panu uda mi pomóc, bo ze mną wszystko w porządku - odparłam. Tak, moja wyćwiczona gadka. Wszystko w porządku, to zaczynało coraz lepiej brzmieć w moich ustach. 
- Jestem innego zdania, zmieniłaś się o sto osiemdziesiąt stopni. Naprawdę się martwię. Czy zgodziłabyś się na spotkanie? Wiem, że jestem Twoim nauczycielem, ale jestem także człowiekiem, a jako człowiek chcę zrozumieć Twój problem, więc może przyszłabyś do mnie wieczorem? - jego pytanie nie zaskoczyło mnie. Właściwie, ciężko było mnie teraz zaskoczyć. Oblizałam usta koniuszkiem języka i wzruszyłam ramionami. Na niczym mi teraz nie zależało, mogłam się z nim spotkać jeżeli to oznaczało, że w końcu da mi spokój. 
- Rozumiem, że się zgadzasz, z dziennika wezmę Twój numer telefonu i wyślę Ci adres. Rosalie mam nadzieję, że wspólnie uda nam się rozwiązać Twój problem -  dodał po chwili, a ja bez słowa opuściłam sale. Było mi wszystko jedno. Wtopiłam się w tłum nastolatków, wszyscy krzyczeli, śmiali się, jedna osoba szturchała drugą i pomiędzy nimi wszystkimi szłam ja. Kiedyś znałam ich wszystkich, razem się śmialiśmy, rozmawialiśmy, spędzaliśmy czas, teraz byłam dla nich niewidoczna, nikt nie zaszczycił mnie choćby jednym spojrzeniem i pasowało mi to. 
            Następne lekcje były jeszcze nudniejsze, na chemii chłopak źle zrobił eksperyment i cała sala była w pianie, wszyscy się śmiali. Jakie to było dziecinne. Opuściłam budynek szkoły, który w sumie nawet w niskobudżetowym filmie mógłby zagrać więzienie,  w końcu dyrektor zrobiłby wszystko by mieć pieniądze dla drużyny koszykarskiej, uwielbiał ją i wszystkie środki finansowe szkoły przekazywał na nich. To nic, że aula była w opłakanym stanie, że orkiestra przynosiła swoje własne instrumenty z domu, to nic, że w sali od geografii zawsze brakowało atlasów, najważniejsze było to by jego chłopcy mieli cały czas nowe stroje. Pod szkołą czekała już na mnie mama, mieszkałam na przedmieściach i gdybym miała chodzić na piechotę to zajęłoby mi to przynajmniej dwie godziny, nie chciałam uczyć się jeździć samochodem, więc moja rodzicielka mnie odbierała i zawoziła, a jak jej się nie chciało to jeździłam autobusem. 
- I jak tam było dzisiaj w szkole? - wsiadając do samochodu powitał mnie entuzjastyczny głos mojej mamy, uśmiechnęłam się do niej lekko i wzruszyłam ramionami.
- Jak zwykle, nudnie - po wypowiedzeniu tych słów rzuciłam plecak na siedzenia z tyłu i wygodnie oparłam się zapinając pasy. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Poczułam wibrację mojego telefonu, więc wyciągnęłam go z kieszeni i szybko otworzyłam wiadomość od nieznanego numeru.
"Cloudy Street 3/E12, będę na Ciebie czekał. P.Glors".
Przeczytałam ten adres jeszcze kilka razy, próbując sobie przypomnieć gdzie znajduje się ta ulica. 
- Mamo zawieziesz mnie dzisiaj do koleżanki? Muszę z nią wykonać projekt na jutro, wiesz analiza opowiadania, totalna nuda - westchnęłam. Z łatwością przychodziło mi udawanie zwykłej nastolatki, marudzącej na nudę, opowiadaniu o tym, że plotkuję z koleżankami, cieszącej się życiem. 
- Jasne kochanie - słysząc jej odpowiedź uśmiechnęłam się z wymalowaną ulgą na twarz. Bezgranicznie mi ufała, dlaczego?
               Ten czas mija zdecydowanie za wolno, jedni marudzą, że wszystko dzieje się za szybko, jak bardzo chciałabym się do tych "jednych" zaliczać. Ja miałam aż nadmiar wolnego czasu, który przeznaczałam na nic nie robienie, tylko myślenie o nim. O tym jaki był, jaki się okazał naprawdę, jakim cudem nie dostrzegłam, że to wszystko nic dla niego nie znaczyło. Byłam idiotką, największą idiotką jaka mogła istnieć na tej planecie i nienawidziłam tego. Raz leżałam, raz siedziałam na moim łóżku wpatrując się w zegar, który cały czas stał w miejscu. Po jakiejś dłuższej chwili zasnęłam i obudziło mnie pukanie do drzwi.
- Rosalie, czy ty chciałaś gdzieś jechać? Bo potem będzie za późno - głos mojej mamy znów był taki troskliwy, czułam, że jestem dla niej wszystkim. Zerwałam się z łóżka i spojrzałam na zegarek, była siódma, był wieczór, musiałam iść, w końcu umówiłam się.
- Tak, tak już się zbieram - odpowiedziałam i chwilę później stałam na chodniku przy Cloudy Street. Mama odjechała machając mi, a ja stałam jak sparaliżowana, bo byłam już wcześniej na tej ulicy, byłam bardzo często tutaj, w tym miejscu to wszystko się skończyło. On w tym miejscu mnie zostawił. Mój nauczyciel mieszkał na tej samej ulicy co on, ba w tym samym budynku. Tego było za wiele, nie potrafiłam się uspokoić i cała zaczęłam się trząść, moje policzki automatycznie stały się wilgotne, a przez nadmiar łez napływających do moich oczu nic nie widziałam, wszystko było rozmazane. Stałam na ulicy i płakałam jak mała dziewczynka, znów to wszystko sobie przypominając. Przed oczami miałam obraz tego jak pierwszy raz mnie do siebie zabrał. 
                                                                             ***
- Nie mogę się już doczekać tej sobotniej imprezy, w końcu relaks po tym całym tygodniu - uśmiechnęłam się szeroko wtulając się w tors mojego chłopaka, najlepszego chłopaka jakiego mogłam mieć. W tym momencie byłam niesamowicie podniecona, szliśmy do jego mieszkania, nie było w nim jego ojca, znów mieliśmy wylądować razem w łóżku, otuleni pościelą pod którą mój ukochany codziennie sypiał. Boże, oszalałam na jego punkcie.
- A ja nie mogę się doczekać jak zobaczę Ciebie bez tych zbędnych ubrań, maleńka - mój ukochany przejechał dłonią po moich plecach i zatrzymał ją na moich pośladkach, a ja czułam jak moje policzki robią się wręcz nielegalnie czerwone. Czemu musiałam się przy nim tak rumienić? Boże, pomóż mi zachowywać się przy nim normalnie. 
- Otwieraj drzwi - mruknęłam cicho i nie mogąc się powstrzymać wpiłam się z zachłannością w jego usta, on przywarł mnie do ściany budynku i uniósł moje prawe udo przyciskając jeszcze mocniej do siebie, nasze pocałunki stawały się coraz odważniejsze. Nie przejmowaliśmy się tym, że jesteśmy w miejscu publicznym, liczyło się tylko nasze uczucie, które naprawdę bardzo często sobie okazywaliśmy, a i tak zawsze było nam mało.
- Jesteś taka słodka - jego głosu mogłam słuchać całymi dniami i nocami, uzależniał. Chłopak przygryzł moją dolną wargę tak mocno, że aż jęknęłam z bólu co mu się chyba spodobało, bo rozpoczął walkę z moim językiem. Czułam się jak w niebie, cholera, ale on mnie uszczęśliwiał. Oddawałam się w całości jego pocałunkom, zapominając przy tym o całym świecie, nic się nie liczyło poza nim. W pewnym momencie drzwi wejściowe do budynku otworzyły się i jak na zawołanie odskoczyliśmy od siebie. Zawstydzona spojrzałam kątem oka na postać, która wyszła na zewnątrz i mnie zatkało, to był mój nauczyciel biologii. Teraz chyba nigdy nie będę śmiała spojrzeć mu w twarz. On szybko odszedł,  a mój ukochany wybuchnął śmiechem z powrotem mnie do siebie przyciągając.
- Dajmy się trochę podniecić moim sąsiadom - powiedział, a ja wywróciłam teatralnie oczami. Był niemożliwy, zaskakujący, jedyny w swoim rodzaju i cały mój, od stóp do głów. Nie przeszkadzało mi nawet publiczne okazywanie uczuć, kochałam go tak, że to mnie aż bolało, nie potrafiłam tego opisać. 
- Uważam, że dzisiejszy pokaz już odhaczyliśmy, a teraz chodźmy na górę, bo zaraz będę musiała wracać - powiedziałam twardo i odsunęłam się na bezpieczną odległość, czyli taką by nie mógł mnie dotknąć, bo przysięgam wtedy nie dojdziemy do jego mieszkania. Chłopak cicho się śmiejąc otworzył drzwi i puścił mnie przodem i gdy już przekraczałam próg znów mnie do siebie przyciągnął i namiętnie pocałował.
- Nie musisz wracać, ja Ciebie nigdzie nie wypuszczę - obiecał i znów złączył nasze usta w krótkim, ale niesamowicie czułym pocałunku.
                                                                       ***
- Rosalie? - głos mojego nauczyciela wyrwał mnie z rozkosznych, a zarazem bolesnych wspomnień. Potrząsnęłam głową uświadamiając sobie, że stoję na środku chodnika i płaczę, zacisnęłam mocno powieki starając się przestać, jednak bezskutecznie. Nienawidziłam tego, że nie potrafię zapomnieć, że wszystko mi się z nim kojarzy, że jest dla mnie całym światem i czuję się bez niego tak cholernie zagubiona. Nic nie ma teraz sensu, nawet ta ulica, ten blok wydają się inne, wszystko się zmieniło, zmieniło na gorsze.
- Rosalie proszę Cię, przestań płakać! - pan Glors złapał mnie za ramiona i zaczął nimi potrząsać, gest mówiący, że chce sprowadzić mnie z powrotem na ziemię, ale było za późno. Odpłynęłam, on odszedł i wszystko zniknęło, nie było już niczego. Płakałam dalej, jakbym chciała wypłakać wszystkie łzy, a on trząsł mną i trząsł i krzyczał jakieś niezrozumiałe dla mnie słowa. Boże, dziękuję Ci, że moja mama tego nie widzi, ona by tego nie wytrzymała, dla niej muszę być normalna. Po tym wszystkim co jej zawdzięczam musi być ze mną wszystko dobrze, po prostu musi. Zamknęłam oczy cały czas czując jak moja głowa lata pod wpływem ruchów pana Glorsa. Musiałam być jedną z jego najgorszych uczennic, musiał mnie nienawidzić. W końcu tak łatwo jest nienawidzić, ja nienawidziłam prawie wszystkiego, a szczególnie nienawidziłam jego i tej ulicy, jego mieszkania, jego kłamstw, jego głosu, jego pocałunków, jego dotyku, jego bliskości, nienawidziłam jego. 
- Jeżeli zaraz się nie uspokoisz to przysięgam, że zawiozę Cię do jakiegoś szpitala - te słowa podziałały na mnie tak jakby ktoś dał mi kopa w dupę i kazał się uspokoić. Wylądowanie w jakimś szpitalu wiązało się z powiadomieniem o wszystkim mojej mamy, z ujawnieniem mojego rzeczywistego stanu, na co rzecz jasna nie mogłam pozwolić. Wdech, wydech, wdech, wydech. Jak dobrze, że wciąż to pamiętam. Odsunęłam się od mojego nauczyciela i wierzchem dłoni wytarłam łzy biorąc znów głęboki oddech i wydech. Przełknęłam głośno ślinę i spojrzałam na mężczyznę. Rozpieszczona i rozwydrzona dziewczynka z głupimi problemami, mój koniec jest bliski. Chyba zaraz znowu się rozpłaczę, ale nie mogę. Cholera dlaczego ja tutaj przyszłam?