sobota, 5 października 2013

No way

Oczami Jasona

Czasami w życiu każdego człowieka są momenty w których trzeba podejmować decyzję, zrobić coś co wpłynie na nasze całe życie lub zrobić wszystko by ocalić kogoś innego i w taki oto przepiękny sposób schrzaniłem sobie całe życie. W głowie aż krzyczy ten wredny głos "gratuluję Ci Jason". Zrobiłem coś, już tego nie zmienię, nie mam wyjścia, nie odzyskam jej. Straciłem ją na zawsze i w tym wypadku zawsze nie jest żadnym sarkastycznym słówkiem, wymyślonym przez żałosnego nastolatka za którego szczerze mówiąc już od dawna siebie nie miałem. Ja zraniłem ją i każdego dnia obserwowałem jak cierpi, jak staje się niczym przeze mnie, jak upada, a ja byłem bezsilny i jej nie pomogłem, nie wytłumaczyłem niczego, przecież to była lepsza opcja, dużo łatwiejsze wyjście i oficjalnie zostałem największym idiotą świata. Chyba nie nadaję się do związków, zawsze, jeden po drugim niszczę załamując te biedne dziewczyny. Tak, postanowiłem, że koniec z tym, koniec z umawianiem się na jakieś durne randki, koniec z udawaniem słodkiego, wrażliwego chłopca, jestem sukinsynem i będę zachowywał się tak jak na debila przystało. Bezwzględnie, bo liczę się tylko ja.
               Na początku było ciężko, z trudem powstrzymywałem siebie by do niej nie wrócić, nie upaść na kolana i nie błagać o wybaczenie. Wtedy jeszcze nie wyobrażałem sobie życia bez niej. Tak, to brzmi szczeniacko, bo niby co głupek w moim wieku może wiedzieć o miłości? Jednak ja naprawdę kochałem, szalałem, wielbiłem. Od zawsze dostawałem wszystko co chciałem, robiłem cokolwiek moja dusza zapragnęła, ojciec miał mnie gdzieś, ludzie albo się mną zachwycali, albo schodzili z drogi nie chcąc ze mną zadzierać. Czułem się jakbym był cholernie przeklęty, nie mogłem nawet nikomu o tym powiedzieć, wyśmialiby mnie. A niektórzy aż sami się prosili by z ich się śmiać czy im dokuczać i z czasem to zacząłem lubić, teraz także trzymam wysoko głowę, jestem dumny z każdego mojego, pojedynczego czynu, nawet jeżeli ktoś traci życie mnie to nie obchodzi, jestem Jason, mogę wszystko.
- Kawę białą czy czarną? - słodki głosik miłej kasjerki rozbrzmiał w moich uszach. Właściwie to mógłbym się z nią zabawić, miała całkiem apetyczne ciało, a te usta. Czy ona specjalnie przygryzła tę dolną wargę? Zdaje sobie sprawę jak to nas mężczyzn pobudzi? Dziewczyny i ich cwane pułapki, a jednak wbrew panującej opinii, są banale. Tak proste w obsłudze. Bajer, uśmiech, cmok i do łóżka hop.
 - Słodką tak jak ty - zmusiłem siebie do uśmiechu i już widziałem jak drobna blondynka biegnie by posłodzić mi kawę, potem dała mi ją, a ja wyciągnąłem na blat studolarowy banknot, który dzisiaj ukradłem z kogoś portfela. Ona uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się dołeczki i od razu była stracona. Potrząsnąłem głową i wyszedłem nie upominając się o resztę i tak nie były to moje pieniądze, to co mi zależało. Ulice były puste, nie mógłbym oczekiwać tłumów o trzeciej nad ranem. Wróciłem, znów tutaj się pojawiłem chociaż tak bardzo nienawidziłem tego miasta, tych ludzi ich prostoty. Moja cudowna maska, już wszyscy wiedzieli jaki beznadziejny jestem, a dziewczyny pragnęły mnie dzięki temu jeszcze bardziej. Naiwne, czy one nie wiedzą, że zranię im serca? Rozerwę na strzępy. Nie będę miał litości, nikt się dla mnie nie liczy, ale potrzebuję zabawki. Nie pozwolę sobie na tyle uczuć co ostatnio.
                                                               ***
- No dobra, ale jak otworzysz oczy to Ci coś zrobię, jeszcze nie wiem co, ale coś na pewno wymyślę - wyszeptałem prosto do jej ucha prowadząc ją na dach mojego bloku na którym przygotowałem naszą kolację. Wiem, że nie można tam wchodzić, jednak teraz oszalałem tak bardzo na punkcie Rosalie, że nie mogę przestać się starać. Czuję stres, że coś jej się nie spodoba chociaż doskonale widzę jak rozpływa się na mój widok, jest moja, a czuję się tak jakby zaraz ktoś mi miał ją odebrać i jakbym już nigdy więcej miał jej nie zobaczyć. Nie mogłem już jej nigdy stracić. W moim życiu w końcu było coś dobrego, delikatnego, kruchego, a jednocześnie tak silnego.
- Jason nie lubię niespodzianek - jej głos, jej cichy głosik, to wystarcza by kąciki moich ust uniosły się do góry. Nic jej nie odpowiedziałem, złapałem ją mocniej w talii i tylko prowadziłem po durnych schodach, aż w końcu doszliśmy do wyjścia na dach, tam z uśmiechem na ustach odsłoniłem jej oczy i przytuliłem. To było dziwne, nigdy nikogo tak nie potrzebowałem. Zawsze byłem tym złym kolesiem, rozpuszczonym dzieciakiem, a z Rose u mojego boku wszystko się zmieniało na lepsze. Biało czarny świat nabierał kolorów, proste życie zaczęło się komplikować, stawałem na głowie by ona dobrze się czuła. Rosalie szybko otworzyła oczy i kilkukrotnie zamrugała, potem nie minęła minuta, a jej usta już dotykały moich. Taką ją lubiłem, wbrew pozorom grzeczna dziewczynka była niegrzeczna dla mnie. Chyba do reszty mi odbiło, czemu ona była taka idealna? Taka delikatna, dziewczęca jakbym obchodził się ze szklaną figurką, właściwie to zabawne było same to porównanie.
- Jason, tak bardzo Cię kocham - znów jej delikatny głos, znów się uśmiecham i przytulam ją do swojego ciała, chcąc ochronić ją przed całym światem. Ja też ją kocham, ale nie powiem tego, nie tak często, wystarczy, że wyciągnęła ze mnie to raz, więcej razy nie trzeba. Nie chcę się czuć tak jakby ktoś odebrał mi moje jaja.
                                                                    ***
Wszedłem do mojego starego bloku, tutaj chyba nigdy nic się nie zmieni. Nikt o to nie dba, śmierdzi petami, a na ścianach są beznadziejne graffiti przedstawiające głównie męskie genitalia. Spokojna okolica, jasne. Potrząsnąłem głową kierując się po schodach na górę i wchodziłem już na trzecie piętro kiedy usłyszałem, że drzwi od mieszkania chyba największego idioty jakiego kiedykolwiek było dane mi poznać. Peter Spoken, chory człowiek, wieczny kawaler, śmiać mi się z niego chciało. Zaciekawiony wychyliłem się z klatki schodowej patrząc w dół i właśnie w tym momencie mnie zatkało. Z jego mieszkania wybiegła Rosalie, na całe szczęście na mnie nie zwróciła nawet najmniejszej uwagi, była zapłakana, kompletnie nie przypominała dawnej siebie, w moim sercu coś drgnęło, to przeze mnie wszystko. Zaraz, nie mogę się przejmować, co mnie obchodzi jakaś była dziewczyna, będę ich jeszcze miał miliony, a takie kruche istotki jak ona zawsze zbytnio dramatyzują. Zacisnąłem pięści i pokonałem kolejny schodek starając się dotrzeć do mojego mieszkania kiedy usłyszałem jego głos i natychmiast utwierdziłem się w przekonaniu, że wszystko o co wcześniej go podejrzewałem było prawdą. Chory pedofil zakochał się w Rose. Już jej współczułem, chyba nigdy się od niego nie uwolni, ale ja przecież nie mogę się przejmować. Szczerze to wątpię by po tym co jej zrobiłem chciała jeszcze kiedykolwiek na mnie spojrzeć. Dla niej prawdopodobnie byłem zerem, ale miałem to gdzieś. Niech sobie myśli o mnie co chce. Ja jestem Jason, dbam tylko o siebie, taka jest prawda.
- Morrow - jego głos i znów miałem ochotę się roześmiać. Biedny, zagubiony mężczyzna. Odwróciłem się do niego z wręcz bezczelnym uśmiechem na ustach. Super, psorek kocha Rose, powodzenia. Chociaż skoro dziewczyna zainteresowała się mną, to myślałem, że miała o wiele lepszy gust.
- Panie profesorku, miło znów Pana widzieć! - zaśmiałem się i podszedłem do niego unosząc brwi.
- Jesteś bezczelnym dzieciakiem Morrow i nawet nie wiesz jak ją zraniłeś, nie było Ciebie, a ona nie jest sobą, mam nadzieję, że jesteś zadowolony - syknął. Kurczę, nie było mnie jakiś czas, a on stał się taki odważny i taki zły. Chodzi jak na szpilkach, chociaż nie, nie chciałbym go zobaczyć w szpilkach. Już wystarczająco jest pedalski. To co mówi w ogóle do mnie nie dociera. Zawsze taki jestem, ranię, nie musiała się w to pakować.
- Wiem, dziękuję za komplement, ale wydaje mi się, że Pan profesor ją szybko pocieszy sądząc po tym co przed chwilą usłyszałem. Cóż myślałem, że ma lepszy gust, ale jeżeli lubi napalonych facetów przed trzydziestką to miłego dobierania się do ej majtek. A teraz wybacz, ale mam ciekawsze zajęcia niż gadanie z Tobą - wzruszyłem obojętnie ramionami i mrugnąłem do niego szybko udając się do mojego mieszkania. Stare, małe, ale własne. W końcu tylko moje, bo jeszcze do niedawna musiałem mieszkać z ojcem. Teraz stary zwiał i wszystko było moje. Jasne, po tak długiej nieobecności panował tutaj wielki syf, masę kurzu od którego od razu zacząłem psikać. Musiałem tu posprzątać i zrobiłem to marnując przez to trzy godziny mojego życia. Nienawidzę sprzątać, muszę sobie znaleźć kogoś od tego.
                    - To co zwykle - powiedziałem kelnerce, której tak naprawdę nie znałem. Ona spojrzała na mnie zaskoczona. No jasne, nowa. Nienawidzę kiedy zatrudniają jakiś nowy personel, nigdy nie wiedzą co lubię. Młoda dziewczyna stała i wpatrywała się we mnie nie wiedząc co do końca powiedzieć. Cholera, jakie to było żałosne. Spojrzałem na nią błagalnie.
- Sprite i burger - warknąłem i oparłem się o krześle obserwując jak kelnerka od chodzi. Uwielbiałem tutejsze burgery, były najlepsze w całym mieście, takie dobre mięso w nich było. Kiedy podobała mi się jakaś dziewczyna przyprowadzałem ją tutaj i sprawdzałem co zamówi, jak zamawiała specjał tutejszej kuchni to od razu miała u mnie plus.
- Jason? Ty gnoju! - ekstra, człowiek wraca do miasta i od razu spotyka mase ludzi, których tak naprawdę nie chce spotkać. Uniosłem wzrok i zmusiłem siebie do naprawdę minimalnego uśmiechu. Mój durny kuzyn Isaac stał nade mną i szczerzył się jak koń. Tak łatwo było mi o nim zapomnieć, a jednak pojawił się i znów mnie wkurza. Od dziecka mnie wkurzał, samym byciem sobą, zawsze był tak beznadziejnie wesoły. Śmiał się ze wszystkiego, a ja zbyt często chciałem spokoju, dlatego nigdy za nim nie przepadałem.
- Isaac, fajnie Cię widzieć, teraz możesz już iść - mruknąłem i chwyciłem w dłoń solniczkę bawiąc się nią i ogarniając dziewczyny w pomieszczeniu. Jak zwykle wszystkie oczy były skupione na mnie. Moje przekleństwo, podobam się dziewczyną aż za bardzo. Są takie łatwe.
- Znów jesteś gnojem. Nawet z wiekiem nie zmieniasz się! Moja mama się o Ciebie martw, wydaje mi się, że powinieneś się z nią spotkać - jego cudowna matka była niesamowicie puszczalska, bo będąc siostrą mojej nie miała żadnych skrupułów by przespać się z jej mężem, czyli moim ojcem. Przez to małżeństwo, a następnie moja cała rodzina się rozpadła. Jednak cudowna rodzina Isaaca wciąż pozostała silna, nic im się nie stało. Mieli wszystko, a my z ojcem nasze "wszystko" straciliśmy. Nienawidzę jego matki tak bardzo, że nie potrafię tego opisać. Aż mi wnętrzności skręca jak pomyślę o tym przez co dzięki niej musiałem przejść
- Dasz mi spokój, czy będziesz tak stał nade mną cały dzień? Kurde, Isaac naprawdę nie masz nic ciekawszego do roboty? - miałem ochotę roześmiać mu się prosto w twarz. Jak to szło? Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach? W tym momencie mogłem się w zupełności zgodzić z tym stwierdzeniem.
- Niestety nie mam, nic nie równa się z dokuczaniem mojemu kochanemu kuzynkowi - dupek uśmiechnął się, a ja się cały zagotowałem, zaraz mój mózg z tej złości się przegrzeje. Nienawidzę go, od zawsze był taki wkurzający. Po prostu urodził się nieudany, ale teraz wpadłem na pewien pomysł, chciałem coś od niego, więc musiałem zignorować fakt, że jest taki beznadziejny i wykorzystać go do moich własnych celów.
Na niczym mi nie zależało, cały czas to sobie wmawiałem, ale znów widząc Rosalie moje serce zabiło mocniej, nie mogłem przed tym uciec. Dlatego też nie mogłem pozwolić by ten obślizgły nauczyciel się do niej dobierał, przecież od razu było widać, że chodzi mu o jedno.  Zmieniłem swój wyraz twarzy, z wkurzone na słodkiego i zamrugałem szturchając Isaaca.
- Mam do Ciebie sprawę, musisz coś dla mnie zrobić - powiedziałem pewnie, tak jakbym to oznajmiał, a nie pytał. Cóż w pewnym sensie tak było. Kelnerka przyniosła moje zamówienie, byłem zdenerwowany, bo chyba nigdy nie czekałem na kawę tak długo, czemu oni teraz zatrudniają tutaj takie beznadziejne osoby?
Spojrzałem na Isaaca, który przetarł swoją durną twarz dłonią i zaczął świecić swoimi zębami.
- Poważnie? - warknąłem, bo ten wciąż szczerzył się jak koń.
- Nigdy w życiu bym nie uwierzył w to, że poprosisz mnie o coś, więc sory kochanie wybacz moje zdziwienie - poruszył brwiami i by mnie jeszcze bardziej wkurzyć zaczął się śmiać.
- Isaac, w tym momencie się zamknij i mnie słuchaj! - krzyknąłem, a kiedy ten zrobił minę niczym pies, który podkulił ogon to on razu wywróciłem oczami i uśmiechnąłem się szeroko znów przybierając twarz miłego kuzyna - pamiętasz moją ostatnią dziewczynę? Rosalie? Chcą się do niej dobrać i ją zabrać do ośrodka, podejrzewam, że jej pieprzony nauczyciel im pomaga, proszę nie pozwól by ją zabrali, by ona się jakkolwiek z nim widywała - wysyczałem. Za dużo na głowie miałem, a do tego Rose odstawia taki numer. Dlaczego musiała mieć te chore dary, że teraz wszyscy na nią polowali? 
- Zależy Ci, to coś nowego - Isaac puścił mi oczko, a w mojej głowie aż ktoś wykrzykiwał to jedno słowo "co za frajer z niego", ale to była nie prawda. Ja byłem frajerem, tylko, że nigdy się tym nie przejmowałem i dlatego wszyscy mieli mnie za takiego cudownego. Ludzie są chorzy. 
- Na nikim mi nie zależy, sam dobrze wiesz, że nienawidzę jak oni wygrywają - wysyczałem zaciskając pięści i skupiając swoje spojrzenie na solniczce stojącej na stole. Naprawdę była lepsza nic widok mojego kuzyna. Na nikim mi nie zależy, to mogę sobie wmawiać, w to mogę wierzyć, ale coraz ciężej jest okłamywać samego siebie. 
- Jasne, nie uwierzę Ci w to Jason, możesz wmawiać to sobie, ale widać, że zależy Ci na tej dziewczynie i wiesz co, przyjemnością będzie opiekowanie się nią, zacznę od zaraz - roześmiał się wstał i wyszedł, a ja zostałem niczym tykająca bomba, powinni mi przyczepić karteczkę "bez kija nie podchodź" czy coś w tym rodzaju, bo wystarczyło by jakiś facet spytał się czy podam mu sól, a od razu na niego naskoczyłem. Cieszyłem się i byłem wściekły jednocześnie, o ile takie coś w ogóle jest możliwe. Isaac się nią zajmie, to zdecydowany plus, ale i minus. To jest chore, moje życie jest chore.